Fandom

Sferopedia

Czas i historia (PSCS6)

4365stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Dyskusja0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Logo.gif

Uwaga! Ten artykuł jest częścią projektu tłumaczeń Planescape Campaign Setting!

Sferopedia jest wolną encyklopedią, lecz z dnia 22 marca 2008 r. staje się miejscem pracy nad projektem tłumaczeń PSCS z decyzji osób nad nim pracujących. Jest to element ułatwiający pracę nad tłumaczeniami, udostępniający materiały również tłumaczom spoza Sfer.


Jordel podszedł do stoiska, wyraźnie pod wrażeniem towarów ledwie mieszczących się na długim, drewnianym stole. Wielki Bazar był jak każda rzecz tutaj - kompletnie przytłaczający. Ale uśmiechnięty kupiec stojący za ladą wyglądał po ludzku. Wzrok Jordela prześlizgiwał się po sprzedawanych przedmiotach przez kilka chwil, dopóki nie odezwał się kupiec: - Nowyś tu, przyjacielu. Jordel oderwał wzrok od kolorowego koca, któremu się przyglądał. - Skąd-skąd wiesz? - zająknął się. - Nie martw się, przyjacielu. Nie ma w tym nic złego. Postąpiłeś ino jeden krok przez złe drzwi. Widać to po tobie. Jordel zmarszczył brwi; niechętnie wdawał się tu w rozmowy. Kmina była dla niego niezrozumiała, a dość już miał bycia nazywanym "niekumatym" z powodu swej niewiedzy. Kupiec wydawał się być sympatyczny, ale z drugiej strony tego wymaga jego fach, czyż nie? - Oto czego ci trzeba - handlarz wręczył mu srebrny przedmiot o kształcie srebrnej gwiazdy z wygrawerowaną ponurą gębą. - Jest to mimir, odpowie na twoje pytania. Naprawdę korzystna oferta, jedyne dwa tysiące złociszy. Zawiera zapiski wielu siwobrodych, zebrane przez niesławnego Nizsaba. Y, nie, Sabzina. Nie, jakoś inaczej... Jordel potarł ów ciekawy przedmiot palcem, a ten zadrżał niespodzianie i wyrwał mu się z dłoni. Mimir unosił się w powietrzu, patrząc prosto na niego, poruszając martwymi ustami... - Rasy wszelkiego kształtu i rozmiaru, frakcje i bóstwa walczące o wiarę milionów, sfery cudowne i niebezpieczne wręcz niewyobrażalnie, ciągnące się przez wieczność. Taest, wieloświat to niebywałe miejsce, bez najmniejszej wątpliwości, śmiałku. Oczywiście ten pusty opis nawet nie uszczknął prawdy o sferach. Trzeba wiedzieć znacznie więcej o tym, jak się rzeczy mają, jeżeli chce się pożyć trochę jako obieżysfer. Chociaż każda płaszczyzna rządzi się własnymi prawami i panują na nich odmienne zwyczaje, łebski śmiałek poradzi sobie, nadstawiając uszu tam, gdzie rzucają światło na mrok. W przekładzie: słuchaj no, trepie! Zawarta jest tutaj wiedza i mądrość jednych z najtęższych umysłów, jakie znaleźć można na płaszczyznach, bez tyrad, jakich wysłuchiwać trzeba w barach czy siedzibach frakcji. Wiele lat poświęciłem na zwiedzenie każdej ścieżki prowadzącej przez plany... teraz twoja kolej!


Orfizal Palengras Czas i Historia

Nie podtykaj mi tu tego przeklętego mimira! Nie wolno odciągać mnie od pracy. Nieukończona Księga z pewnością sama się nie dokończy. Utraconych sekund mogę już nigdy nie odzyskać. Kto wie, jakież to ważne wydarzenia mnie ominą, przy jakich mnie nie będzie, by je opisać! Niełatwym zadaniem jest spisywanie historii niezliczonych płaszczyzn, tego chyba mówić nie muszę. Faktycznie, dłużnym ci przysługę, dlatego też poświęcę chwilę, by podzielić się urywkami mądrości z na tyle pojętnymi, by ich wysłuchać. Ale zgraj wszystko za pierwszym razem, nie mam zamiaru się powtarzać do tego gadającego ustrojstwa. Nie powinno nikogo zaskoczyć, że sferowców nie interesuje rejestrowanie upływu czasu, przynajmniej nie w sposób typowy dla pierwszaków. Zadanie to jest bezsprzecznie trudniejsze bez gwiazd na nieboskłonie, przemijających pór roku czy też podziału doby na dzień i noc. Chociaż niektóre płaszczyzny mogą posiadać którąś z tych cech, bardzo rzadko występują one jednocześnie. A nawet gdyby, nie ma powodu, dla którego upływ czasu w jednym regionie miałby odpowiadać upływowi czasu na innych płaszczyznach, warstwach czy nawet krainach. Dlatego większości sferowców to nie obchodzi. Przeszłość mija, rzadko kiedy zapisywana, a życie w wieloświecie toczy się dalej. Jeżeli trudno określić porę dnia, niemalże niemożliwym staje się zliczenie miesięcy i lat. To, co przekazywane jest z pokolenia na pokolenie, ma zwykle postać opowieści i legend. Starczy czasem tylko spytać kogoś, kto żył w zamierzchłych czasach. Szczerze powiedziawszy, niektóre wydarzenia sprzed wieków są świeżymi wspomnieniami w pamięci niektórych stworzeń. Lecz jest to niedoskonały, krótkotrwały sposób - i pewnego dnia sferowcy pożałują, że nie przywiązywali uwagi do historii. Wtedy docenią Orfizala i Nieukończoną Księgę. Wtedy to dopiero będą dobijać się do drzwi mego gabinetu, w nadziei zerknięcia na jej stronice. Ach, powróćmy lepiej do tematu. Niewątpliwie chciałbyś wiedzieć, jak wszelkie istoty są wstanie współistnieć bez powszechnego, jednego systemu. Gdy obieżysferzy potrzebują określić upływ czasu, zwykle korzystają ze Standardowego Czasu Sigil (SCS), opartego na cyklu przechodzenia jasności w ciemność w tymże mieście. Doba w Klatce trwa dwadzieścia cztery godziny - dwunastą godzinę określa się mianem szczytu, a dwudziestą czwartą a szczytu; są to odpowiednio najjaśniejsza i najciemniejsza pora doby. Najłatwiej korzystać z tej miary w sferach, na których da się rozróżnić dzień od nocy, lecz na wielu z nich stopień oświetlenia jest niezmienny bądź też w ogóle zerowy. Oczywiście z powodu braku jakiegokolwiek mechanicznego sposobu pomiaru czasu, większość sferowców określa długość godziny na wyczucie. Wersji bardziej oficjalnej nie ma. Jeżeli więc ktoś mówi, że spotka się z tobą w jakiejś mieścinie za dwa tygodnie, może pojawić się tam w przeciągu od dwunastu do szesnastu dni, zaś ty masz o tym wiedzieć. Właśnie z powodu takiego lenistwa nie zadaję sobie dłużej trudu umawiania spotkań. Ale dla mniej rozgarniętych osób system ten zdaje się być odpowiedni. Jeżeli chodzi o dłuższe przedziały czasu, Zaklatkowani zwykli określać je na podstawie daty dojścia danego fraktola do władzy w jego frakcji (zwykle w Bractwie Porządku, gdyż jego członkowie zadają sobie trud zapisywania czegokolwiek). Niektórzy opierają się na obrotach trybów Mechanusa, gdyż żaden śmiałek nie byłby w stanie znaleźć dokładniejszego układu. Wraz z wygnaniem frakcji z Sigil Zaklaktowani zaczęli oznaczać lata minione od czasu wojny - zatem obecny rok byłby 5 Po Wojnie Frakcji (PWF). Inne ugrupowania mogą określać upływ lat na podstawie ascendencji jakiejś potęgi bądź innego ważnego wydarzenia w ichnim panteonie, ale większość woli opierać się na Wojnie Frakcji. Czyż nie nadaje to Sigil jakby nieprawdziwie dużego znaczenia? A pewnie, ale czego oczekiwać po mieście, które uznaje się za środek wszystkiego? Multiwersum jest stare, o wiele starsze niż jakikolwiek świat z Pierwszej Materialnej. Nawet najstarsze starowinki nie twierdzą, iż były świadkami jego powstania. Możliwe, że potęgi wiedzą, jaki był tego wszystkiego początek, lecz nawet jeśli tak, to nie chcą powiedzieć - sferowcy zaś widzieli dostatecznie dużo umierających jak i rodzących się potęg, by wątpić, iż którakolwiek z obecnie działających mogła tak długo istnieć. Najstarsze informacje o Sigil pochodzą zaledwie sprzed lekko ponad tysiąca lat, lecz większość wnioskuje, że miasto istniało już o wiele wcześniej. Yugolothy twierdzą, że posiadają zapiski sięgające wczesnych dni Niższych Płaszczyzn, ale trzeba by chyba zbzikować, by uznać ich wersję historii za oficjalną. Pewna grupa śmiałków odkryła pozostałości po rasach i społecznościach istniejących przed obecnymi exemplarami, a jeżeli istnieje coś starszego nawet od nich, to nie wiadomo, co mogło być wcześniej. Większości to nie obchodzi, dzisiejsze utarczki zawsze będą ważniejsze od tych niebyłych, jak twierdzą tępogłowi. Możesz mnie nazwać siwobrodym staruchem, ale twierdzę, że każdy głupiec z w miarę poprawnie funkcjonującą trumną zdaje sobie sprawę z tego, iż nie pozna się sekretów wieloświata nie znając jego źródeł. A zdarzały się rzeczy tak wiekopomne, że pamięta się o nich nawet po upływie setek, tysięcy lat, nawet wśród plebsu.

Wojna Krwi Każdy sferowiec, od najgłębszej dziury w Pandemonium po najwznioślejszą wyżynę Niebiańskiej Góry, słyszał o Wojnie Krwi. Cała krew przelana w mutliwersum byłaby zaledwie kroplą w oceanie juchy, jakim jest ów najstarszy z konfliktów. A do tego nie widać nigdzie jego końca. Praworządne baatezu i chaotyczne tanar'ri chwyciły się za łby od pierwszego spojrzenia. Ich armie składają się z przypuszczalnie najpotężniejszych demonów, a miliony tych plugawych stworzeń nieustannie maszerują i żerują po Niższych sferach, bez przerwy opracowują wielkie machiny i mroczne czary, by następnie cisnąć je w wir walki, a życia i zasoby są znikają nieodwracalnie. Jedynym sposobem na zakończenie tej wojny jest całkowite zniszczenie którejś z walczących stron. Wielu siwobrodych sądzi, że w wyniku tego konfliktu określi się istota zła. Inni zaś uznają ją za dowód na to, że w ostateczności zło wyniszcza się samo, ciesząc się, że demony mają jakieś zajęcie. Jak doszło do rozpętania wojny nie wie nikt, ale nikt też nie przypomina sobie czasów, gdy Wojna Krwi nie szalała na Niższych Sferach. Wojna toczy się w większości na Gehennie, Szarym Pustkowiu oraz w Otchłaniach Tartaru (Karcerze), ale jej okrucieństwo dotyka niemal każdej części wieloświata i niemal każda organizacja jest w nią w ten czy inny sposób zaangażowana. Yugolothy i inne demony stoją pomiędzy walczącymi siłami, oferując się jako najemników i przyłączając się do tej strony, na współpracy z którą mogą więcej skorzystać - po to tylko by chwilę później zacząć działać na rzecz jej wrogów. Na ich wojownikach polegać można równie co na historykach. Siły praworządne wspomagają baatezu, woląc zło znane od niepoznanego, zaś chaotyczne wspierają tanar'ri, w nadziei że nie nadejdzie czas tyranii. Siły dobra nie mogą dojść do porozumienia, w jaki sposób zaradzić Wojnie Krwi, w wyniku czego robiąc dużo różnych, drobnych rzeczy, ale nic większego. Niektórzy uważają, że to właśnie dobre potęgi są odpowiedzialne za to, że wojna ciągnie się tak długo, gdyż powszechnie przyjmuje się, że skonsolidowane zło byłoby w stanie przejąć Sfery Wyższe. Jedynie poprzez utrzymanie podziału zła siły dobra są w stanie przetrwać, takoż piosnka głosi. Prawdą jest, że żadna potęga jak dotąd nie mieszała się w wojnę bezpośrednio. Oczywiście manipulują one wydarzeniami i przesyłają zasoby stronom, którym sprzyjają, ale w trakcie konfliktu ani razu nie doszło do objawienia boskich mocy. Jakkolwiek ciemny jest mrok spowijający tą wojnę, dla reszty wieloświata jest ona błogosławieństwem, a w szczególności dla Sigil. Żadna ze stron nie może zająć Klatki bez wywołania natychmiastowej kontrakcji swych przeciwników, tak więc oba wraże obozy niechętnie wysyłają tam swe wojska. Jednak Sigil nie znajduje się całkiem poza wpływem tego konfliktu. Zarówno baatezu jak i tanar'ri wykorzystują je do zakupu broni i innych zasobów, szpiegostwa oraz rekrutacji (lub zjednywania sobie innymi sposobami) żołnierzy do swych oddziałów. Powiada się, że niezwykła sława, bogactwo oraz potęga oczekują na tych, którzy zdołają przetrwać udział w tej wojnie - lecz uwierz mi, trepie, że raczej pierwszego dnia trafisz do księgi niż otrzymasz choć ułamek wynagrodzenia. Poza tym trzeba chyba zbzikować, by uwierzyć demonowi na słowo.

Wielki Marsz Modronów Ach tak, obrosły w legendę Marsz Modronów. Dawniej bywał to czas, w którym można było na czymkolwiek polegać. Co kilka wieków praworządni mieszkańcy Mechanusa, zwani modronami, rozpoczynają masową wędrówkę ze swej rodzimej płaszczyzny i podróżują po Sferach Zewnętrznych, podążając Wielką Drogą. Wędrówka ta prowadzi modronów przez każdą Sferę Zewnętrzną, aż do powrotu na Mechanus. Nikt nie wie, skąd ta nagła potrzeba modronów do opuszczenia ich zegarowego raju, tym bardziej że nikt tak naprawdę nie rozumie, w jaki sposób działają ich stalowe trumny. Trepom jednak nie przeszkadza to w przypuszczaniu, a większość zgodnie uznaje, że musi to być modroński sposób zbierania informacji na temat stanu płaszczyzn. Zważywszy na to, że istoty te trzymają się razem i rzadko rozmawiają z odmiennymi od siebie, równie dobrze może to być zwykły bełkot, ale hipoteza ta jest zbyt interesująca, by ją zignorować. Sam marsz to raczej chaotyczne przedstawienie, pomimo tego że skurliki te są niby przedstawicielami ładu. Armia modronów porusza się określoną zawczasu ścieżką, nie zatrzymując się ani nie poświęcając uwagi czemukolwiek, co znale?ć się może na ich drodze - czasami obracając całe miasta w ruinę. Podobnie, pomimo swej pokojowej natury, modrony zaatakują wszystko, co w jakikolwiek sposób przeszkadza im w marszu, zmieniając kurs jedynie wtedy, gdy dalsza droga okazuje się niemożliwa do przebycia. Wędrówka prowadzi rzeszę modronów z Mechanusa przez Sfery Wyższe, kilka miast-bram Limbo, płaszczyzny całkowitego chaosu, aż do Sfer Niższych. W trakcie marszu do modronów przyłączają się gromadnie inne istoty: siwobrodzi korzystający z okazji do zbadania modronów, obieżysferzy i handlarze chcący się przy okazji wzbogacić oraz grupa skurlów starających się doprowadzić niektóre modrony do banicji czy też w inny sposób przekabacić w stronę chaosu (co nigdy się nie powodzi, mój drogi). Tłum ten stopniowo wzrasta wraz z przemieszczaniem się armii przez Krainy Zewnętrzne oraz Sfery Wyższe, lecz zaczyna pierzchać wraz z dotarciem maszerujących modronów do Limbo i przejścia do Sfer Niższych. Jedynie prawdziwie gorliwi bądź zbzikowani wkraczają wraz z modronami na terytorium demonów, wracając jedynie w bardzo sporadycznych przypadkach. Rzesza modronów odnosi poważne straty, gdyż na niemal każdym kroku różne demony korzystają z okazji do napadnięcia ich. Wraz z opuszczeniem Sfer Niższych jedynie nieliczni przedstawiciele rasy tych dziwnych stworzeń są w stanie powrócić na Mechanus. Tak było dawniej. Jak w zegarku, heh. Wielki Marsz Modronów rozpoczynał się co około trzysta lat, więc większość łamignatów nie miało okazji być jego świadkiem. Ale zaledwie kilka lat temu marsz rozpoczął się o kilka wieków za wcześnie. Dlaczego tak szybko? Modrony wydawały się równie zaskoczone co i my. Zawsze trudno było się z nimi porozumieć, ale tym razem to już w ogóle. Krąży mnóstwo niewiarygodnych teorii, lecz żadna nie jest warta rozpatrzenia. Słucham? Oczywiście, że świta mi kilka pomysłów. Nie, nie wyjawię żadnego; wpierw zapiszę je w tej oto księdze. Ale poruszyć nimi musiało coś naprawdę doniosłego i założę się, że skutki tego wydarzenia jeszcze nie przeminęły. Kolejny marsz powinien się rozpocząć dopiero za dwa wieki, ale przy takim zachowaniu modronów nie można być tego pewnym. A gdy już nawet modrony nie trzymają się wyznaczonych terminów, to na czym jeszcze można polegać?

Vecna Co? Chcesz, bym opowiedział o Pomylonym? Mroczne to sprawki. Tysiąckroć przeklęte nich będzie jego imię, lecz nie za głośno, bo może usłyszeć. Byłem przy tym, gdy po raz pierwszy ujawnił swą obecności i zapisałem każdy szczegół dotyczący tej sprawy. Bóg tajemnic jest znienawidzony przez niemal wszystkich Zaklatkowanych, chyba tylko Rowan Darkwood jest równie niekochany. Powiadają, że jest on jedynym bogiem, któremu udało się prześlizgnąć między osłonami Pani, tymi trzymającymi potęgi z dala od Sigil. Sieje cierpienie i mitręgę na wszystkich planach, a imię jego szepcze się na setkach pierwszaczych światów. Nie starczyło mu być postrachem i wrogiem wszystkich na pewnym zaściankowym świecie, z którego się wywodzi. Powiada się, że odważył się nawet ukraść Strażnikom Zagłady ichnią Cytadelę Rozkładu, którą przez wieki wykorzystywał jako więzienie dla tych, którzy odważyli się mu przeciwstawić. Z biegiem czasu Vecna wyrósł na półboga, pomimo zdrady jakiej dopuścił się jego najstarszy podwładny. Niedługo po tym Vecna i Cytadela Rozkładu zniknęli. Wielu niezwykle uradował ten oczywisty upadek i zaiste słuch o nim zaginął na lata. A wtedy, mniej niż rok po zakończeniu Wojny Frakcji, Pomylony pojawił się ponownie. Piosnka zwykle stwierdza, że był on uwięziony na jakiejś okropnej półpłaszczy?nie, gdzieś w Eterycznych Otchłaniach. Jakimś niepojętym zrządzeniem losu urósł do rangi prawdziwej potęgi i w chwili największego triumfu utworzył most, którym zdołał dostać się do Sigil. Wszyscy wiedzą, że Pani stara się powstrzymywać wszelkie bóstwa od dostania się do Klatki i, jak się wkrótce okazało, ma po temu powód. Gdy Vecna wkroczył do Sigil, aż nazbyt oczywiste okazały się szkody, jakie pojedyncze bóstwo może wyrządzić miastu pokroju Klatki. Nagłe wtargnięcie czystej duchowej energii rozesłało po mieście impulsy mocy, powodując, że rzeczywistość zaczęła wykręcać się na nice i miotać jak ryba wyrzucona z wody. Chaos, który potem nastąpił, był katastrofalny w skutkach. Przezroczyste zielone kamienne bloki zaczęły padać z sigilijskiego nieba, miażdżąc pechowych trepów. Parzące wiatry przepalały ulice, a miasto rujnowały cykliczne wstrząsy. Fale nieprzeniknionej ciemności przykrywały całe dzielnice, a przemoc i desperacja osiągnęły nieznany wcześniej temu miastu poziom. Sam Vecna pozostawił po sobie stumetrowej szerokości ścieżkę zniszczenia, wyznaczającą drogę, którą przedostał się z miejsca, w którym się pojawił, do swego nowo obranego tronu: pozostałości Zbrojowni. Zbrojownia uległa zniszczeniu podczas Wojny Frakcji, a ruiny jej omijane były przez wszystkich rozsądnych śmiałków. Powszechnie wiadomo było, że gdy budynek się zawalił, w środku znajdowało się jeszcze kilka potężnych oręży Tonących. Vecna wykorzystał swą świeżo uzyskaną moc do odbudowania tej placówki, zastępując obrazy pozostawione przez Strażników Zagłady symbolami i glifami swego kultu. Swą nową chatkę otoczył tarczą śmiercionośnej energii i przywrócił do życia kilka kul anihilacji, które tam pozostawiono. Kult Vecny rozprzestrzeniał się po mieście niczym plaga. Ely Cromlich, kambion i wysoko postawiony członek Straży Zagłady, został przywrócony do życia i objął pozycję najwyższego kapłana tego wyznania. Nowo powstała Rada Doradcza Sigil nadała Synom Miłosierdzia, którzy wtedy jeszcze kontrolowali straż miejską, dowództwo nad obroną Klatki. Męczennicy zebrali wokół Zbrojowni olbrzymią armię, wcielając do niej wszystkich zdrowych na ciele i zdolnych do noszenia broni. Pomimo tego że siły oblegające miały ponad dwudziestokrotną przewagę liczebną nad kultystami, zebrani obrońcy Sigil nie byli w stanie dokonać żadnego przełomu - każda podjęta przez nich próba szturmu była niweczona przez Vecnę. I oczywiście skurle wchodzący w skład tej armii zaczęli tracić wiarę. Niektórzy mówili, że słyszeli podszepty oferujące im spełnienie najgłębszych i najpodlejszych żądz, zaś inni odczuwali przytłaczającą niemoc. Nie minęło dużo czasu, nim skurle te odwróciły się od innych, przechodząc przez barierę, by przyłączyć się do kultu. Nawet Autokon Dzwonnik i inni znani krewniacy zostali oskarżeni o sprzyjanie Veknie, lecz nikt nie był w stanie tego dowieść. Mijały dni, aż pojawiła się Ona. Ta, której cień tnie; ta, która włada w milczeniu. Właśnie gdy tłumy zebrane wokół Zbrojowni bliskie były granicy wytrzymałości, armię zaszczyciła swą obecnością najbardziej wpływowa i zagadkowa istota w Sigil, sama Pani Bólu. Przybywszy w eskorcie dabusów, Pani nie czyniła żadnych widocznych działań, przyglądając się tylko w milczeniu. Gdyby Pani postanowiła wkroczyć do akcji, mogłoby to jedynie pogorszyć sytuację; jak to bywa z większością rzeczy dotyczących Jej Niezwykłości, prawda jest niepoznana. W międzyczasie małe grupki awanturników próbowały dostać się do Zbrojowni, lecz udało się to tylko nielicznym - pozostałe zniszczone zostały przez obronę Vecny. Po niemal dwunastu dniach oblężenia, gdy wydawało się już, że zebrane tłumy utraciły cała nadzieję, a morale osiągnęło niespotykane dotąd niziny, sytuacja znów zaczęła się zmieniać. Chmury ognia wystrzeliły na sigilijskim niebie, gdy Zbrojownia efektownie eksplodowała. Noc stała się dniem i wszyscy mogli odczuć nagłe zniknięcie złej istoty, która dostała się od Sigil. Uznając to za znak, armia puściła się na Zbrojownię z zamiarem położenia kresu kultowi Vecny w Sigil raz na zawsze. Tłum wyrżnął neofityczny kult bez większego oporu, jak gdyby jego bóstwa nie było w Klatce już od dawna. Bez mocy Vecny wspierającej Zbrojownię, fasady budynku zaczęły się zawalać, zmuszając plądrujące ją oddziały do ewakuacji nim te zdążyły dokładnie zbadać budynek. W ruinach uwięziona została jedynie garstka pechowych trepów. Wielu siepaczy próbowało przypisać sobie zasługi za pokonanie Vecny, na przykład Szemeshka Maruder i Ronnasik, mędrzec i pisarz wielkiej sławy (oczywiście mędrcy i pisarze powinni być ponad tą całą bufonadą). Prawda jest jednak nieznana do dziś. Niektórzy twierdzą, że Pani Bólu po prostu wtrąciła Vecnę do labiryntu. Inni powiadają, że zwołała półbogów, by jej pomogli, lecz z czasem zaczęły powstawać nawet bardziej niewyobrażalne i bezsensowne teorie. Grupa awanturników z jakiegoś Pierwszego także próbowała przypisać sobie zasługi, chociaż ich wersja wydarzeń rzadko spotyka się z poważnym przyjęciem, w szczególności od czasu, gdy zaczęli twierdzić, że użyli Vecnieńskich reliktów przeciwko ich stwórcy i pokonali go z pomocą samej Pani. Ech, z pewnością nikt, kto wysłucha twego mimira, nie będzie wymyślał takich niestworzonych historii, co nie? Od chwili próby przejęcia władzy przez Vecnę, jego kult spotkał się z nienawiścią w całym Sigil, a wyznawanie tej religii zostało zabronione przez Radę Doradczą. Po bitwie i świętach po niej poczynionych, rozpoczęło się pierwsze z serii polowań, których celem było wykrzewienie kultu Vecny oraz oczyszczenie miasta. Obecnie Zakratkowani określają Vecnę jedynie mianem "Niedoszłego Boga", a wymawianie jego imienia uznawane jest w Sigil za zły znak. Nawet poza Sigil co mądrzejsi śmiałkowie mówi o nim tylko po cichu. Co do Ely'ego Cromlicha - znaleziono go skulonego w ruinach Zbrojowni. Może zapisano go i wymazano z księgi umarłych o jeden raz za dużo. Zawsze skorzy do pomocy Ponuracy zabrali go do Rogatki, podczas gdy Rada Doradcza Sigil zastanawiała się, co z nim zrobić. Plebs żądał jego krwi, lecz strażnicy Rogatki twierdzili, że niesłusznie jest zabijać zbzikowanych. Ely przerwał wszelkie spory swoją ucieczką, dzięki pomocy grupy starych znajomych ze Straży Zagłady oraz pozostałości kultu Pomylonego Boga. Cromlich ulotnił się, lecz krąży plotka, iż ostatnio widziano go, jak opuszczał Płaszczyznę Pseudożywiołu Soli, kierując się w stronę Cytadeli Wyziewu, wraz z armią Strażników Zagłady. Więc co to wszystko oznacza? Cóż, Pani nigdy nie pozwoliłaby żadnemu bóstwu wepchnąć się do Sigil, to jasne. Ktoś musiał go więc wpuścić, racja? Nie był by to pierwszy przypadek sprowadzenia niebezpieczeństwa do Sigil przez Panią. Zawsze jednak powstrzymywała je na krótko przed wyrządzeniem jakichkolwiek nieodwracalnych szkód - nie inaczej było i tym razem, chociaż z pewnością nie?le wszystkich nastraszyła. Po co miałaby to czynić? Musi czegoś chcieć. Coś kombinuje, powiadam. Co? A skąd mam wiedzieć? Jej Straszna Mość nie opowiada o swych planach innymi. Od tego czasu wystąpiło kilka anomalii planarnych - pewien kartograf stwierdził nawet, że jedna ze Sfer Wewnętrznych opadła na któryś z pierwszaczych światów. Nieźle musiał być zbełtany, gdy to wymyślił. Z czasem wszystko wróciło na swoje miejsce, jednie z kilkoma drobnymi wyjątkami. Sfera Cienia, dawniej uważana zaledwie za półplan połączony z kilkoma pierwszymi światami, od tedy wydaje się współistnieć z większą częścią multiwersum, jak gdyby oddzielające ją ściany nagle zostały podziurawione. Jednocześnie zaczęły powstawać plotki na temat nowej, tajemniczej płaszczyzny granicznej zwanej Ordial, zachęcając aspirujących wieszczy do bzdurzenia o jakimś "Zamknięciu Pierścienia". Niezależnie od tego, nikt nie doszedł do jakichkolwiek pewnych wniosków na temat wpływu obecności Vecny na cały wieloświat. Mógł być to efekt uboczny naruszenia osłon Sigil, efekt jakiegoś strasznego rytuału przygotowywanego przez Vecnę czy nawet ukryta potęga, zamknięta w samym Sigil. Jeszcze jedno, do nagrania. Gdy Pomylony został prawdziwym bóstwem, Cytadela Rozkładu wyłoniła się z powrotem dokładnie tam, gdzie stała poprzednio, na Płaszczy?nie Pseudożywiołu Prochu. Większość uważa, że jej zniknięcie dowodzi, że była ona uwięziona razem z Vecną w Eterycznej Otchłani, a wszystko zdaje się to potwierdzać. Od czasu swego powrotu Cytadela została podobno przejęta przez jeden z czterech głównych odłamów Straży Zagłady. Wielkie Koło wciąż się kręci, niezależnie od tego co ja czy ty możemy mieć do powiedzenia.

[Dop. red.: Chociaż nasz pierwszy współtwórca twierdzi, że "obłożony" został obowiązkiem spisywania historii multiwersum, nie wiadomo, kto dał mu taki przykaz, a sam nie chce powiedzieć. Wygląda na człowieka, lecz roztacza aurę niezwykłej wiekowości (może z powodu chmury kurzu go otaczającej). Z pewnością jednak zna się na historii, włączywszy niedawne wydarzenia. Co dziwne, żaden z jego sąsiadów nigdy nie widział, by kiedykolwiek opuszczał on swój gabinet mieszczący się w Dzielnicy Urzędniczej; nieczęsto także miewa gości.]

Przebywając Nieskończoność

Więcej w Fandom

Losowa wiki