Fandom

Sferopedia

Ogień i Pył

4364strony na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Dyskusja0 Share

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Ze wspomnień

Wielce Szanownego Pana

Britlina Cavendisha,

szlachetnie urodzonego artysty

Rozdział PierwszyEdytuj

Trzy PożaryEdytuj

Popołudnie; rotunda gmachu Sądu w Sigil, Mieście Drzwi:

— O — zagadnął centaur, zaglądając mi przez ramię. — Widzę, że malujesz.

— Zgadza się — wymamrotałem zza sztalug.

— Hałas i zgiełk ostoi sprawiedliwości — kontynuował. — Więźniowie kuśtykają zakuci w łańcuchy. Strony wymieniają zabójcze spojrzenia w oczekiwaniu na rozprawę. Sędziowie w togach obszytych gronostajem wymierzają wyroki obdartym żebrakom. Trudno sobie wyobrazić bardziej inspirujące miejsce dla artysty pragnącego uchwycić ironię życia… albo jego okrucieństwo… a może po prostu paradoks? Jaki temat obrałeś, synu?

— Temat? — spytałem.

— Co starasz się ukazać na obrazie? Prawo gnębiące uciśnionych? A może jesteś optymistą i wierzysz, że prawo, choć niedoskonałe, posiada pewien abstrakcyjny majestat symbolizujący to, co w nas najlepsze? Tak brzmi twój artystyczny manifest?

— Chciałbym, żeby na reliefie nad wejściem nie było tylu zawijasów. Tak może brzmieć mój manifest. Ręka mi już drętwieje od ciągłego kręcenia jednakowych kółek.

Centaur przyglądał mi się w milczeniu.

— Ten obraz — zacząłem wyjaśniać — powstaje na zamówienie Guwernata Hashkara, przewodniczącego Sądu Najwyższego i Faktola Stowarzyszenia Porządku. Powiedział mi: „Cavendish, mój drogi, kuzyn mojej żony żeni się w przyszłym tygodniu. Kawał tępego trepa, ale rodzina to rodzina. Wiesz, jak jest. Muszę mu coś sprezentować, a zdaniem żony najlepszy byłby obraz. Metr pięćdziesiąt na metr powinno być w sam raz. Tylko nie przesadź z czerwieniami, pan młody podobno mdleje, jeśli mu dostarczyć zbyt silnych bodźców. Może spróbowałbyś machnąć rotundę gmachu Sądu? Taki obraz działałby motywująco. Wiesz, nad stołem, do śniadanka, trochę inspiracji na co dzień. W sam raz.”

— I przyjąłeś to zamówienie? — Centaur wyglądał na zdumionego. — Zamiast splunąć temu trepowi w twarz? Zamiast zrobić mu wykład o istocie sztuki? O tym, że artysta musi pozostać wierny swoim ideałom?

— Faktolom nie robi się wykładów — odrzekłem. — Jeśli proszą o coś, z czym nie do końca się zgadzasz, po prostu śpiewasz im za to odpowiednio wyższą sumkę. Żaden artysta w Sigil nie ma wśród możnych szerszej klienteli niż ja, a wiesz czemu? Bo wiem, jak z nimi rozmawiać.

Centaur patrzył się na mnie jeszcze przez chwilę, po czym oddalił się zdegustowany, głośno stukając kopytami. Eh, centaury — te to potrafią tylko narobić hałasu.

Wzruszyłem ramionami i powróciłem do kopiowania zawijasów, starając się nie zwracać uwagi na rozpraszające otoczenie. Wiedz, czytelniku, że Sąd Miejski to miejsce, w którym ciężko się skoncentrować. Nieopodal mnie w kolejce do drzwi stał sobie na przykład kornugon — jedna z tych gadopodobnych poczwar, od których roi się w Sferach Niższych. Trzy metry wzrostu, skrzydła jak u owada, chwytny ogon wijący się niczym ostrorośl… Niby pospolity widok w naszych stronach. Zdawał się czekać ze stoickim spokojem, umilając sobie czas lekturą zwoju opatrzonego dużymi, jaskrawymi ilustracjami przedstawiającymi ludzi i półludzi smażących się ponad słupami ognia. Dla takiego jak on mogła to być równie dobrze lekka powiastka, jak i planowany jadłospis.

Tuż za piekielnym monstrum równie cierpliwie wystawał w kolejce deva ze Sfer Wyższych: przystojny osobnik o bursztynowej karnacji, o pół metra wyższy ode mnie i wyposażony w skrzydła równie okazałe jak u kornugona. Skrzydła devy były jednak pokryte piórami z najczystszego złota, a każde z owych piór warte było co najmniej tyle, ile porządna noc na mieście… Pozwoliłem myślom odpłynąć na chwilę od obrazu i momentalnie zepsułem zawijas, przez co musiałem się poratować terpentyną.

W przeciwieństwie do kornugona, deva nie przyniósł ze sobą nic do poczytania. Nie oznaczało to jednak wcale, że skazany był na nudę. Utkwił wzrok w skrawku nieba widocznym przez drzwi rotundy i wydawał się pogrążony w pełnej uwielbienia kontemplacji. Jego zachwyt był moim zdaniem nieco na wyrost, zważywszy na specyfikę sigilijskiego nieba, którego znakomitej większości po prostu nie widać. W miejscu, w którym się znajdowaliśmy, wysoko ponad naszymi głowami zwieszały się brudne slumsy Ula. Devie zdawało się to jednak zupełnie nie przeszkadzać. Jego spokoju nie zmącił nawet nagły ruch ze strony kornugona, w wyniku którego dostał po nosie łuskowatym skrzydłem.

Przez moment jakiś wewnętrzny impuls nakłaniał mnie, bym rzucił na bok nudne studium architektury i spróbował uchwycić ten intrygujący moment: stworzenia piekła i niebios, ramię przy ramieniu, niezwracające na siebie uwagi… lub przynajmniej udające obojętność. Ta niepozorna scenka miała w sobie przesłanie. Nie byłem pewien, jak mogłoby ono brzmieć, ale kiedy maluje się obok siebie niebianina i biesa, zawsze jest to pewnego rodzaju metafora, nieprawdaż?

Z drugiej strony… Nie wynajęto mnie, bym portretował devy i kornugony. Gdybym nagle postanowił malować tylko to, co mnie interesuje, mogłoby się to nieciekawie skończyć. Mamrocząc pod nosem frazesy o złotych kajdanach, wróciłem do pracy.

— Maluje pan obraz? — odezwał się nagle nosowy głos gdzieś na wysokości mojego łokcia. — Musi pan kopiować te wszystkie zakrętasy? Nie lepiej jakoś ich uprościć?

Odwróciłem się i ujrzałem przed sobą patykowatego młodzieńca, który przycupnął tuż za mną i wpatrywał się w moje płótno. Skórę miał ciemną jak karmel, włosy zaś jasne, zwieszone w bezładnych strąkach wokół wyraźnie zaostrzonych uszu. Jedno z jego rodziców musiało być człowiekiem, a drugie elfem, jednak żadnej ze stron owoc miłości nie mógł się wydawać szczególnie udany.

— Czy ja cię znam? — spytałem, starając się zabrzmieć złowrogo.

— Ezechiasz Virtue — przedstawił się ochoczo, wyciągając ku mnie niespotykanie kościstą dłoń. Spojrzawszy na moje pudło z farbami, odczytał tabliczkę z imieniem. — Britlin Cavendish… To zaszczyt móc pana poznać.

— Słyszałeś o mnie?

— Nie. Ale to zaszczyt poznać kogokolwiek w Sigil. Jestem tu dopiero drugi dzień. Należy pan do jakiejś frakcji?

Westchnąłem. Na moim kaftanie wyszyty był należący do Czuciowców symbol pięciu zmysłów. Symbol widniał również na moim sygnecie i wieku pudła z farbami, ale najwyraźniej nic nie znaczył dla tego nierozgarniętego dzieciaka.

— Mam przyjemność być członkiem Stronnictwa Doznań — powiedziałem z dumą. — Misją naszego stowarzyszenia jest doświadczanie wszystkiego, co może zaoferować Wieloświat.

— Wujek Toby opowiadał mi o was — odrzekł Ezechiasz. — Podobno urządzacie dzikie libacje.

— Głupie plotki. Dzikiej libacji wystarczy doświadczyć raz. Potem można się oddawać bardziej wyrafinowanym rozrywkom.

— Racja — przyznał Ezechiasz, chociaż widziałem, że nie ma pojęcia, cóż to by mogły być za rozrywki. Nagle jego twarz pojaśniała. Sięgnął do płóciennej torby, którą trzymał w ręce. — Próbował pan świńskich jagódek?

— Świńskich? — mimowolnie zmarszczyłem nos. Chłopak tymczasem wyciągnął z torby garść brązowych jagód o tłustawym połysku, nie większych od kciuka. Były spłaszczone i pomarszczone, jak gdyby ktoś potraktował każdą po kolei butem z kolczastą podeszwą.

— Przywiozłem je z domu — wyjaśnił. — Z mojej sfery. Nie jestem stąd. Trochę już leżały, ale wciąż są dobre. — Włożył jedną do ust i zaczął energicznie przeżuwać. — Proszę spróbować.

— Niech będzie — odrzekłem. Czuciowiec nigdy nie odrzuca okazji do pozyskania nowego doświadczenia, nawet jeśli w grę wchodzi jedynie mdły owocek z Pierwszej. Powiedziałem sobie w duchu, że jeżeli smak okaże się tak nieciekawy, jak pozwalała przypuszczać nazwa (świńskie!), zyskam przynajmniej temat do żartu podczas najbliższego frakcyjnego obiadu.

Nie zamierzałem rzecz jasna wzorem chłopaka wepchnąć sobie jagody do gardła i żuć bez namysłu. Pośpiech donikąd nie prowadzi. Owoc należy najpierw potrzymać w dłoni, oceniając wagę i teksturę. Następnie powinno się go zbliżyć do nosa i rozpracować bukiet — w tym przypadku lekki, słodkawy zapach z nieco drażniącą nutą piżma. Dopiero potem można włożyć jagodę do ust i lekko nagryźć… By przekonać się, że smakuje na przykład jak bryłka soli kamiennej.

Jadłem już raz sól kamienną — był to element ceremonii inicjacyjnej w Stronnictwie. I, jak zapewne każdy Czuciowiec, mogę z czystym sercem powiedzieć, że jeden raz wystarczy.

Przełknąłem bez przekonania.

— Jak smakowało? — spytał Ezechiasz.

— Lepiej nie mówić.

— Naprawdę? Ale chyba i tak pan nie żałuje? Wujek Toby mówi, że Czuciowcy chcą doświadczać wszystkiego — nawet tego, co złe.

— Wujek Toby jest doskonale poinformowany — odparłem przez zaciśnięte zęby.

— Myśli pan… — zawahał się przez chwilę — że te jagody mogłyby zainteresować resztę Czuciowców? Chciałbym porozmawiać z którymś z pana przełożonych. Muszę się dowiedzieć, jak dołączyć do frakcji.

Prawie się zakrztusiłem.

— Chcesz zostać Czuciowcem?

— Wujek Toby mówi, że powinienem związać się z którąś frakcją. Wie pan, w Klatce trzeba mieć plecy. To znaczy w Sigil — wujek Toby nazywa je Klatką, ciekawe czemu? No to chodzę sobie po mieście, rozmawiam z członkami różnych frakcji, zbieram informacje. Teraz przyszedłem do sądu, żeby zdybać jakiegoś Guwernata. Podoba mi się ta nazwa, Guwernaci — nie Gubernatorzy ani nic normalnego. W ogóle w Sigil fajnie się mówi: „nie kłap trumną, trepie, albo ci ją zabiję gwoździami!” Cały czas słyszę podobne rzeczy. Co to właściwie znaczy?

— Jeszcze chwila i się dowiesz — wymamrotałem.

— Z drugiej strony — ciągnął chłopak — pan na przykład wcale nie używa takich tekstów. Pan też nie jest stąd?

Zmierzyłem wzrokiem pędzel, który wciąż dzierżyłem w dłoni i przez sekundę zastanawiałem się, czy bardzo by ucierpiał, gdybym dźgnął nim bachora w oko. Kontrola, Britlinie, przede wszystkim kontrola. Moja matka była córką diuka i odkąd pamiętam dokładała wszelkich starań, bym nie przesiąkł gwarą skórogłowych z podwórka. Musiałem zawsze i wszędzie pilnować, by wyrażać się w elegancki i dystyngowany sposób — w przeciwnym wypadku arystokraci na pewno nie zamawialiby u mnie obrazów. Rzecz jasna matka nigdy nie była dla mnie zbyt surowa („Masz rację, Britlinie, Oswald z naprzeciwka to skurlony trep — ale jakbyś to ujął we właściwsze słowa?”), jednak wierność rodzinnym ideałom do dziś stanowiła dla mnie punkt honoru i nie miałem ochoty wysłuchiwać, co ma na ten temat do powiedzenia jakiś nieletni Pierwszak. Układałem właśnie w głowie celną ripostę, kiedy moją uwagę odwróciło pojawienie się w gmachu Sądu trzech strażników Harmonium.

W samym fakcie obecności członków Harmonium w budynkach sądu nie było rzecz jasna nic dziwnego — w końcu jako sigilijska służba porządkowa często współpracowali z wymiarem sprawiedliwości. Grupka, która wkroczyła do rotundy wydała mi się jednak nader podejrzana.

Po pierwsze, żaden ze strażników nie miał prawidłowo zawiązanej chusty — tymczasem był to detal, do którego oficerowie Harmonium przywiązywali szczególną wagę. Miałem się o tym okazję przekonać, gdy sam Faktol Sarin zamówił u mnie portret i zażądał, bym z najwyższą pieczołowitością odtworzył na płótnie każde zagięcie i kancik.

Po drugie, żaden nie poruszał się jak przystało na członka Harmonium. Strażnicy większą część czasu spędzają na patrolowaniu ulic i nawet świeżo przyjęci rekruci szybko przyswajają specyficzny, nieśpieszny sposób chodzenia, który pozwala im pozostawać na nogach cały dzień i zachowywać przy tym maksimum czujności. Ci trzej kroczyli zaś niczym oddział wojska — można by wręcz powiedzieć, że maszerowali.

Po trzecie, moje uważne oko Czuciowca natychmiast wychwyciło pewien szczegół. Poza mieczami, oficerowie Harmonium zwykli nosić przy sobie solidne czarne pałki — na wypadek, gdyby dowódca zapragnął pod wpływem kaprysu zachować złoczyńcę przy życiu. Do pasów mężczyzn, którzy wkroczyli do rotundy, przytroczone były smukłe białe drążki z rzeźbionej kości, pokryte czerwonym pyłem połyskującym niczym odłamki rubinów.

— Na co pan tak patrzy? — zapytał Ezechiasz.

— Chyba zwinę już interes. Odpocznę sobie, może jutro lepiej mi pójdzie z tymi zawijasami.

— Chce pan uciec przed strażnikami? — wyszeptał chłopak, gdy jego spojrzenie powędrowało za moim. — Ma pan mroczną przeszłość i goście z oddziału specjalnego mogliby pana rozpoznać?

— Skąd wiesz, że są z oddziału specjalnego? — spytałem.

— Nie widziałem jeszcze strażników z różdżkami ogniowymi, wszyscy pozostali mieli tylko pałki.

— Ci tutaj mają różdżki?

Chłopak wzruszył ramionami. — Wujek Toby nauczył mnie rozróżniać takie rzeczy.

Jęknąłem z frustracji. Racjonalnie myślący człowiek zerwałby się na równe nogi już na sam widok trzech niby-strażników wkraczających do gmachu Sądu z potężną magiczną bronią. Z drugiej jednak strony, nigdy nie miałem okazji zobaczyć, jak dokładnie działa różdżka ogniowa. Jeśli tylko udałoby mi się znaleźć przed otwarciem ognia bezpieczne schronienie, mógłbym stać się świadkiem czegoś naprawdę godnego zapamiętania. Potem mógłbym to odtworzyć na płótnie, uwiecznić moment wielkiej katastrofy. Zamknąłbym usta wszystkim tym skurlonym krytykom sztuki, którzy kiedykolwiek śmieli oskarżać moje dzieła o jałowość.

Niestety wstępny rzut oka na otoczenie nie ujawnił żadnej porządnej kryjówki. Faktol Hashkar wprawdzie zamówił u mnie obraz, jednak jego prawdziwą miłością od zawsze pozostawały gobeliny. Z chwilą kiedy stanął na czele Guwernatów, rozkazał pokryć każdy centymetr ścian Sądu wyblakłymi, zbierającymi kurz arrasami. Wyobraziłem sobie, w jakim tempie cały gmach mógłby stanąć w płomieniach… A przecież pierwsze strzały mogły paść w każdej chwili.

Strażnicy dotarli tymczasem do centrum rotundy i zwrócili się ku sobie nawzajem. Chcieli zapewne, byśmy myśleli, że dyskutują nad jakąś prywatną kwestią, jednak widziałem, jak powoli, ostrożnie wyciągają zza pasów różdżki. Mieli zamiar tak po prostu zacząć strzelać? A może w grę wchodził bardziej złożony plan, coś w rodzaju „Na ziemię! A teraz dawajcie wszystko, co cenne!”? Może chcieli zrobić z nas zakładników i protestować przeciw podniesieniu podatków? Właściwie nie miało to znaczenia. Stałem w tylnej części hali, zbyt daleko od drzwi, by dotrzeć do nich na czas. Musiałem więc skorzystać z jedynej dostępnej opcji schronienia.

— Chodź — syknąłem, łapiąc chłopaka za kołnierz i pociągnąłem go za sobą wprost za kornugona.

— W co sobie pogrywasz, trepie? — warknął bies, odwracając się w naszym kierunku.

— Wybacz — odrzekłem. — Pochodzisz z Piekieł, musisz być ognioodporny.

W tym właśnie momencie pierwsza kula ognia rozbiła się na jego grzbiecie.

Kornugon przyjął na siebie znaczną część siły wybuchu, ale i tak poczułem, jak dosięgają mnie długie jęzory ognia, a gorące powietrze bucha w twarz. Kilka kroków dalej moje farby i płótna płonęły już w najlepsze, a chwilę później puszka terpentyny wybuchła jaskrawożółtym płomieniem. Hala wypełniła się dymem i krzykami uciekających istot. Pomyślałem, że zapewne wiele gardeł było zbyt poparzonych, by móc wydać z siebie coś więcej niż jęk.

Kornugon najwyraźniej nie odniósł żadnych obrażeń — pochodził wszak ze sfery słynącej z wiecznie płonących czeluści. Wybuch kuli ognia był dla niego prawdopodobnie niczym ugryzienie komara, odebrał go jednak jako atak, i to niezapowiedziany, podczas gdy ja i Ezechiasz odwracaliśmy jego uwagę. Z wściekłością zamachnął się na mnie szponiastą łapą, jakby chciał wyrwać mi strzęp ciała. Na moje szczęście w jego czarnym oku błysnęła jednak nagła wątpliwość, a następnie odwrócił się i rzucił na stojącego obok devę.

Nie mam pojęcia, czy kornugon faktycznie podejrzewał, że to deva otworzył doń ogień, czy po prostu zręcznie wykorzystał sytuację, by wyżyć się na przedstawicielu znienawidzonej rasy. Niezależnie od przyczyny, wyszarpnął ze skrzydeł devy dwie garści piór, a chwilę później jego kolczasty ogon raził niebianina w klatkę piersiową niczym bicz. Na rozciętej skórze pojawiły się krople złotej krwi.

Do tej chwili deva zdawał się nie przerywać swej kontemplacji nieba. Owszem, kula ognia nadpaliła mu kilka piór; życie w niebiańskim błogostanie najwyraźniej nie uodparnia na gorąco równie dobrze, jak smażenie się w ogniach piekielnych. Deva jednak zareagował dopiero, gdy ujrzał własną krew. Na jej widok zaatakował kornugona nagimi pięściami z prędkością rozpędzonej strzały. Zdążyłem odnotować tylko cios w pysk i mistrzowskie uderzenie spodem dłoni w pokryty łuską brzuch.

Kornugon wydał z siebie rzężący pomruk i osunął się na kolana.

— Coś takiego —zwrócił się do mnie Ezechiasz. — Myślałem, że anioły używają do walki magicznych mieczy.

— Po pierwsze — odparłem — żaden z niego anioł, tylko deva. Po drugie devy nie walczą mieczami — wolą broń obuchową. Po trzecie, deva musiałby być szalony, żeby zaatakować biesa bronią pośrodku Sigil. Wszcząłby otwarty konflikt i wkrótce obie rasy mogłyby mieć zakaz wstępu do miasta. Zresztą mniejsza o to. Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, nasza jedyna tarcza zwija się z bólu na podłodze.

W istocie, nic już nie osłaniało nas przed powtórnym atakiem kulami ognia. Spojrzałem wokoło — roztaczał się przed nami iście straszliwy widok. Fałszywi strażnicy musieli stać plecami do siebie i strzelali jednocześnie, posyłając strumienie wściekłego ognia we wszystkie strony. Widziałem dokładnie miejsca, w które uderzyły ogniste kule: usłane były przypieczonymi zwłokami. Nieco dalej od punktów wybuchu niektórzy nieszczęśnicy zdawali się jeszcze żyć… lub po prostu trwali w przedłużającej się agonii. Ich pomarszczone ciała pokrywały się stopniowo lśniącym płynem, a z pustych oczodołów wypływała stopiona galareta. Słyszałem wokół świsty i rzężenie — jedyny rodzaj krzyku, na jaki stać było poparzone gardła. Większość ofiar leżała jednak w ciszy, kuląc się i trzęsąc z bólu.

Eksplozje skoncentrowały się na trzech wewnętrznych ścianach rotundy. Czwarta strona budynku — łuk otwierający się na ulicę — nadal stała nietknięta. Wszyscy, którzy wciąż byli w stanie się poruszać, rzucili się w stronę wyjścia, wpadając na siebie w panice. Istoty niższego wzrostu, takie jak gnomy czy niziołki, z góry skazane były na stratowanie w tłumie na frontowych schodach. Wolałem nawet nie myśleć, co stanie się z dziećmi i starcami. Kiedy pierwsze ofiary zbiorowej paniki padną na ziemię, kolejne zaczną się o nie potykać i również zginą pod naporem rzeki stóp.

W centrum rotundy, w samym sercu chaosu, trzej strażnicy wciąż stali bez ruchu. Nawet najbardziej oszalałe spośród uciekających istot znajdowały w sobie dość rozsądku, by omijać ich szerokim łukiem. Osobnik znajdujący się najbliżej nas obdarzony był bujną brodą, a jego tlenione włosy były prawie białe. Ani na chwilę nie spuszczał z oczu devy, a gdy ten odwrócił się od kornugona, by stawić czoła sprawcom masakry, spokojnie podniósł różdżkę, szykując się do kolejnego strzału.

Kornugon tymczasem wciąż klęczał, podpierając się przednimi szponami i w żaden sposób nas nie osłaniając. Kula ognia wymierzona w devę z pewnością dosięgnęłaby również mnie i Ezechiasza. Zdążyłem jedynie krzyknąć „nie!”…

…a w następnej chwili stałem pośrodku zawalonego papierami gabinetu, mając przed sobą młodą niziołkę odzianą w prawniczą togę. Wydawała się równie zaskoczona moim nagłym pojawieniem się, co ja sam.

— Kim jesteście? — spytała, wyraźnie poirytowana.

Zanim zdążyłem otworzyć usta, Ezechiasz wysunął się przede mnie i wyciągnął w stronę kobiety swą kościstą dłoń.

— Ezechiasz Virtue — przedstawił się. — Przepraszamy panią za najście. Znaleźliśmy się w niezłych tarapatach i musiałem nas obu przeteleportować.

Gapiłem się na niego z niedowierzaniem.

— Potrafisz się teleportować?

— Pewnie — odparł beztrosko. — Wujek Toby mnie nauczył.

— Jakże by inaczej — westchnąłem.

Gdy tylko zaczęliśmy opowiadać o ataku, kobieta kazała nam podążyć za sobą w głąb korytarza, wprost do gabinetu Jej Ekscelencji, sędzi Oony DeVail. Nie miałem nigdy przedtem okazji spotkać jej osobiście, jednak każdy w Sigil znał jej reputację — była nie lada krwawniczką, starą wyjadaczką, kobietą czynu. W przeciwieństwie do większości Guwernatów, preferujących czysto akademickie podejście do wiedzy, Oonah DeVail sporą część życia spędziła badając rozmaite plany egzystencji, prowadząc liczne ekspedycje do najodleglejszych zakątków Wieloświata i przywożąc z nich skrzynie magicznych osobliwości. Wcale mnie nie zdziwiło, że to właśnie do niej postanowiła się zwrócić niziołka, gdy zrozumiała, z jakiego typu sytuacją mamy do czynienia.

— Różdżki ogniowe? — wrzasnęła DeVail. — W rotundzie?

— Niestety, Ekscelencjo — powiedziałem. — Weszło trzech mężczyzn…

Nie zdążyłem dokończyć zdania. Pomimo ponad sześćdziesięciu wiosen na karku, DeVail z zadziwiającą szybkością schwyciła w dłoń okutą połyskliwym srebrnym drutem laskę i, podpierając się nią, równie szybko wstała.

Ezechiasz natychmiast podszedł do drzwi i otworzył je przed kobietą.

— To zaszczyt móc pani służyć — powiedział uroczyście.

— Wychodź pierwszy i szukaj sobie schronienia — rzuciła z irytacją sędzia, po czym uniosła laskę i zakręciła nią wysoko ponad swoją głową. Jej czubek nakreślił w powietrzu łuk, z którego zaczęły pryskać kryształki migotliwego lodu. — Dopóki żyję, żadne plujące ogniem trepy nie będą mi palić sądu. — Oznajmiwszy to, wybiegła przez drzwi, żwawa niczym dwunastolatka. Niziołka dała nam znak, byśmy nie ruszali się z miejsca, po czym popędziła za sędzią do szerokiej poczekalni w dalszej części korytarza.

Zatrzymawszy się na moment w oczekiwaniu na swoją pomocnicę, DeVail z głośnym stuknięciem uderzyła końcem laski w podłogę. W tej samej chwili dywan i posadzka pod jej stopami zaczęły znikać, zostawiając po sobie jedynie plamę atramentowej czerni, dziurę wypełnioną esencją najczarniejszej nocy. Niziołka spojrzała na mroczną czeluść, następnie na swoją przełożoną; po chwili skoczyła w jej kierunku, łapiąc Jej Ekscelencję w pasie. Minę miała nietęgą, usta DeVail natomiast poruszały się w bezgłośnej inkantacji. Razem wstąpiły w dziurę i zniknęły w niej — ta zaś natychmiast zamknęła się za nimi ze stłumionym pomrukiem.

Ezechiasz stał w miejscu, podczas gdy drzwi same powoli się za nim domknęły. Na jego obliczu malował się czysty podziw; muszę przyznać, że tym razem podzielałem jego odczucia. Nie miałem pojęcia, do czego jeszcze zdolna jest laska sędzi DeVail, jednak krótkie kościane różdżki ogniowe wydały mi się nagle o wiele mniej potężne. Mój wewnętrzny Czuciowiec westchnął z rozczarowaniem na myśl o tym, że ominie nas bitwa w rotundzie. Pozostała część mnie przypomniała sobie jednak spękaną skórę zabitych, nieludzkie jęki ocalałych… Stwierdziłem, że istnieją rzeczy, których nawet Czuciowiec nie musi oglądać na własne oczy.

— Poszukamy wyjścia? — zwróciłem się do Ezechiasza. — Chwilowo jesteśmy bezpieczni, ale jeśli cały budynek zajmie się ogniem…

— Za moment — odpowiedział chłopak. — Chcę się przyjrzeć tym skarbom.

W istocie, gabinet Guwernatki DeVail pełen był skarbów: uwagę przykuwała misternie dekorowana porcelana, okute mosiądzem skrzynie, zmumifikowane zwierzęta pozawieszane na przymocowanych do sufitu linach… Można się tu było poczuć jak na wystawie osobliwości, a dokładniej — co do tego nie miałem wątpliwości — osobliwości nasyconych potężną magią.

— Niczego nie dotykaj! — syknąłem w stronę Ezechiasza, który miał właśnie wyraźny zamiar wziąć do ręki lusterko w miedzianej oprawie. — Najlepiej w ogóle nie zatrzymuj na niczym wzroku. Nie masz pojęcia, co możesz zobaczyć po drugiej stronie takiego lusterka.

— Niczego bym nie zniszczył — bronił się chłopak. Dostrzegłem, jak zamyka na chwilę oczy, marszcząc przy tym brwi. — A to lusterko nie jest nawet magiczne.

— Skąd możesz to wiedzieć?

— Kiedy się skoncentruję, jestem w stanie wyczuć energię magicznych przedmiotów. Wujek Toby nauczył mnie, że za każdym razem, gdy znajdę się w nowym miejscu, powinienem… — Ezechiasz urwał nagle i odwrócił głowę w kierunku drzwi. — Zbliża się do nas coś, co aż pulsuje magią — wyszeptał.

— Pewnie to Sędzia DeVail z tą swoją laską.

Chłopak pokręcił głową.

— Nie wydaje mi się. — Jego czoło jeszcze raz zmarszczyło się w głębokim skupieniu. — Niech się pan ukryje.

Nie podobało mi się, że taki nierozgarnięty bachor wydaje mi rozkazy, jednak jedno spojrzenie na jego wystraszone oblicze wystarczyło, bym zrozumiał, że nie pora na kłótnie. Rozejrzałem się szybko i zobaczyłem za sobą wieszak na płaszcze, z którego haków zwieszało się kilka obszernych sztuk odzieży. Ukryłem się za nim i pośpiesznie poprawiłem nieco ułożenie ubrań, by zasłoniły mnie całego, nie wyglądając przy tym zbyt nienaturalnie. Pomyślałem, że przy odrobinie szczęścia żaden z tych płaszczy nie zamieni mnie w żabę. Przy dużej dawce szczęścia któryś z nich mógłby nawet uczynić mnie niewidzialnym.

Pozostawiłem sobie pomiędzy płaszczami małą szczelinę, by móc choć jednym okiem oceniać sytuację. Nie widziałem nigdzie Ezechiasza, słyszałem jednak, jak szura nogami gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Z pewnością zakopywał się w stosie pamiątek przywiezionych przez sędzię DeVail z jej międzysferowych podróży. Chwilę później szuranie ustało. Prawie w tym samym momencie drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.

W progu pojawiły się dwie słabo widoczne postacie; dostrzegłem jednak, że obie dzierżyły odbezpieczone kusze. Rozejrzawszy się po pokoju, rozluźniły się nieco.

— Mówiłem już — szepnął jeden z intruzów. — Widziałem, jak uciekła, był z nią jakiś niziołek. Zapadła się pod ziemię, dosłownie, przez podłogę.

Drugi tylko mruknął.

— Gdzie może go trzymać?

— Zacznij od biurka.

Ten, który przed chwilą przemówił, postawił kilka kroków w głąb pokoju, wciąż trzymając kuszę w pogotowiu. Gdy oświetlił go blask lampy oliwnej stojącej na biurku DeVail, zobaczyłem, że był wysoki i chudy. Spojrzawszy mu w twarz, dojrzałem żółte, kocie oczy i spiczaste, wystrzępione na końcach uszy — bez wątpienia miałem przed sobą githzerai, na domiar złego osobnika o wyjątkowo zaciętym obliczu. Jego lud wprawdzie dość licznie zamieszkiwał Sigil, jednak nigdy nie było mi dane poznać żadnego osobiście. Rasa ta szczyci się swą surowością, a sztukę uważa za zbytek — nic więc dziwnego, że githzerai nie obracali się nigdy w tych samych kręgach, co ja.

Kiedy pierwszy intruz zbliżył się do biurka, w krąg światła lampy wszedł również drugi. Ledwie się powstrzymałem, by nie wyrazić głośno swego zdziwienia na jego widok. Był bardzo podobny do swego towarzysza, jednak skórę miał żółtą jak kukurydza, a oczy niczym dwie czarne szklane kulki. Albo miałem już halucynacje, albo przybysz należał do rasy githyanki — ludu blisko spokrewnionego z githzerai, z którymi pozostawał w odwiecznym konflikcie.

Co u licha mogłoby skłonić githzerai i githyanki do współpracy? Równie często widywało się żywiołaki ognia i wody tańczące razem menueta. Dwie gałęzie githów darzyły się najczystszą nienawiścią i wybijały się nawzajem przy każdej możliwej okazji. Jedynym, co do czego osiągnęły porozumienie, była konieczność prowadzenia ze sobą wiecznej wojny.

Musiała to być jakaś iluzja, przebranie zmiennokształtnych istot. Ci dwaj mogli równie dobrze być gnomami, złodziejami parającymi się magią, którzy nałożyli na siebie zaklęcie, żeby nie dało się ich zidentyfikować jako sprawców kradzieży. Takie wytłumaczenie przynajmniej miało jakiś sens.

Mężczyźni odłożyli kusze na biurko sędzi i zaczęli przetrząsać szuflady. Ze swego posterunku widziałem tylko githzerai, który skutecznie zasłaniał sobą całe biurko. Brał do rąk zwój za zwojem, rozwijał, szybko przeglądał zawartość, po czym rzucał na ciągle rosnącą stertę na podłodze. Oburzało mnie jego niedbałe zachowanie — nie tylko brak należytego szacunku dla zwojów mogących zawierać starożytną wiedzę, lecz także nieostrożność w obcowaniu z potencjalnie magicznymi przedmiotami. Nie każdy zwój można sobie zwyczajnie przeczytać i wyrzucić. Niektóre kryją w sobie klątwy, pułapki, czy nawet uwięzione potwory, które tylko czekają, by wyskoczyć na nieszczęsnego czytelnika i rozszarpać go na kawałki. W innych okolicznościach nie miałbym nic przeciwko temu, by złodzieje skończyli jako czyjaś przekąska; obawiałem się jednak, że dzisiaj sam mógłbym stać się deserem.

Pierwszy odezwał się githyanki.

— To może być ten.

— Pył? — zapytał githzerai, wyrzuciwszy kolejny przejrzany zwój.

— No. Narysowała nawet mapę.

— Przyda się. Chodźmy.

Githyanki zwinął pergamin i schował go do kieszeni kamizelki. Githzerai tymczasem zabrał z biurka lampę oliwną i przeniósł ją nad stertę walających się po podłodze zwojów.

— Kiedy starucha wróci, będzie tu takie samo pogorzelisko, jak na dole. Pomyślą, że piętro samo się zajęło.

— Pomyślą albo i nie. Szacowna pani kazała podłożyć ogień w kilku innych miejscach, żeby nie nabrali podejrzeń. Mam listę pustych pokoi.

Githzerai węszył przez chwilę w powietrzu.

— Kiedy rozejdzie się zapach dymu, cały budynek opustoszeje w minutę.

Podniósł swoją kuszę i skierował się do wyjścia. Wciąż dzierżąc lampę, stanął przy drzwiach i czekał, aż towarzysz wyjrzy pierwszy i oceni sytuację.

— Idziemy — skinął głową githyanki. Githzerai po raz ostatni omiótł pokój spojrzeniem, po czym wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu i cisnął lampę wprost na stertę zwojów. Po chwili drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem.

Ezechiasz i ja natychmiast wyskoczyliśmy z ukrycia i zaczęliśmy gasić płomienie. Czas naglił — stary, suchy pergamin szybko chłonął parafinę, która obficie rozlała się wokół lampy. Nasza szansa tkwiła w fakcie, że szkło lampy nie stłukło się całkiem w efekcie rzutu. Z pomocą pościąganych z wieszaków płaszczy udało nam się w końcu stłumić pożar.

— Kim oni byli? — wysapał Ezechiasz, odsuwając się od sterty nadpalonych zwojów.

— Skąd mam wiedzieć? Myślisz, że znam każdego zbira w Sigil?

Chłopak wzruszył ramionami.

— Tak tylko spytałem. Co teraz zrobimy?

— Możemy uciąć sobie miłą pogawędkę i zaczekać, aż uwędzimy się w dymie. Możemy też ratować się ucieczką. Co ci się bardziej uśmiecha?

Choć wciąż nie podejrzewałem go o wysoki intelekt, Ezechiasz wybrał rozsądną opcję. Chwilę później znaleźliśmy się na korytarzu, błądząc w poszukiwaniu wyjścia.

Skrzydło budynku, w którym się znajdowaliśmy, składało się głównie z gabinetów wysoko postawionych Guwernatów i wydawało się teraz całkiem opustoszałe. W przeszłości kilkakrotnie odwiedzałem publiczne przestrzenie gmachu sądu, nigdy jednak nie zawędrowałem do tej jego części. Ezechiasz, który przyznał otwarcie, że na ślepo wyteleportował nas z rotundy, też nie miał bladego pojęcia, gdzie jesteśmy. Zdałem sobie sprawę, że i tak mieliśmy dużo szczęścia — jego magiczne popisy mogły równie dobrze wmurować nas w ścianę.

Po jakimś czasie za kolejnym zakrętem naszym oczom ukazały się drzwi, spod których wydobywały się kłęby czarnego dymu. Zbliżyliśmy się do nich ostrożnie. Obawiałem się bliskiego spotkania z podpalaczami, jednak przecież ktoś wewnątrz mógł potrzebować pomocy. Za drzwiami znajdowało się duże pomieszczenie wypełnione rzędami regałów z książkami. W drewnie jednej z pobliskich półek tkwił płonący bełt.

— Zdaje się, że nasi znajomi już tu byli — wymamrotałem.

— Podpalili bibliotekę? — W głosie Ezechiasza słychać było szczere oburzenie. — To przestępstwo!

Nie zważając na unoszący się dookoła dym, chłopak rzucił się w głąb pomieszczenia.

— Większość książek wciąż da się uratować — oznajmił. Najwyraźniej nie obchodziło go, że podpalony regał prawie całkowicie już stanął w płomieniach, ani że lada moment ogień odetnie mu drogę odwrotu. Ruszył na pomoc bibliotece niczym błędny rycerz.

— Co ty wyprawiasz? — krzyknąłem za nim.

— Pali się tylko ten regał — zawołał, ukazując się w szczelinie pomiędzy półkami. — Gdyby udało nam się oddzielić go od reszty… — W tym momencie zadławił się dymem i zgiął w pół, zanosząc się głośnym kaszlem.

— Niech cię cholera! — Postawiłem krok w głąb sali, po czym przystanąłem, zadając sobie pytanie, co tak właściwie robię. Głupi Pierwszak chciał spłonąć, zgrywając bohatera? Powinienem mu na to pozwolić. Czemu miałbym ryzykować własną skórą? Znałem go raptem od kilkunastu minut — kilkunastu minut, które upłynęły mi pośród irytacji i strachu. Bądź co bądź jednak to nie z winy Ezechiasza się bałem; nie dało się też ukryć, że jego ryzykowne zaklęcie uratowało mi życie… — Niech cię. — Schyliłem się, by uniknąć najgęstszych kłębów dymu i wszedłem do biblioteki.

Gdy do niego dotarłem, zobaczyłem, jak resztkami sił stara się przesunąć płonący regał.

— Musimy zepchnąć go pod ścianę — wychrypiał. — Potem przesuniemy pozostałe w drugi kąt.

— Chyba oszalałeś. Te półki z książkami muszą ważyć tonę. — Chwiał się na nogach, więc schwyciłem go pod pachami. Chyba naprawdę podtruł się dymem. — Wychodzimy stąd.

— Nie — wyrwał się z mojego uchwytu i znów oparł dłonie o półkę, która nie zajęła się jeszcze ogniem. — Nigdzie się nie ruszę, dopóki książki nie będą bezpieczne.

Jego wysiłki nie przynosiły żadnego rezultatu.

— No dalej — stęknął. — Niech pan pomoże.

— Pewnie — odparłem. — Samospalenie. Już widzę tę zazdrość na twarzach Czuciowców.

Mogłem postarać się o odrobinę finezji i okazać książkom więcej szacunku; połowa z nich jednak i tak już płonęła, wszędzie pełno było dymu i uznałem, że nie czas na subtelność. Mając nadzieję, że buty choć przez chwilę ochronią mnie przed ogniem, oparłem stopę na jednej z półek podpalonego regału. Dłońmi zaparłem się o półkę szafki z naprzeciwka i, oderwawszy drugą stopę od ziemi, z całej siły pchnąłem.

Płonący regał ustąpił pierwszy. Przewrócił się wprost na pobliską ścianę. Chwilę później również przeciwległy mebel odchylił się do tyłu, upadając na kolejny, który pod jego ciężarem także przechylił się i zwalił wprost na trzeci, tamten na czwarty, ów na piąty… Niczym kostki domina, biblioteczne szafki z gracją po kolei kładły się na podłodze. Końcowy impet był tak duży, że nie oparła mu się nawet ściana — ostatni regał wybił w niej potężną dziurę.

— Udało się! — zawołał Ezchiasz.

— Prawie — odezwał się za nami nieznajomy głos. Spojrzałem w stronę, skąd dochodził. Nieopodal stał wysoki, potężnie zbudowany strażnik Harmonium. Odpiął pałkę od pasa i wydawał się tylko czekać na okazję do jej użycia. — Jesteście aresztowani. — Chwilę później był już przy mnie, trzymał mnie za ramię i ciągnął za sobą. — Mam nadzieję, że będziecie stawiali opór, bo mam dziś wielką ochotę rozłupać kilka czaszek.

— Dobrze się składa, że pana spotkałem. — Ezechiasz nie wydawał się specjalnie zmartwiony. — Chciałem pomówić z kimś z Harmonium, podpytać o wymagania dla rekrutów.

Ukryłem twarz w dłoniach.

Rozdział IIEdytuj

Troje zaniepokojonych faktolówEdytuj

Pierwszą rzeczą, jaka ukazuje się nieszczęśnikowi wchodzącemu (lub ciągniętemu) do głównej siedziby Straży Harmonium jest trzymetrowy portret jej przywódcy, Faktola Sarina. Świadomość, że to mi faktol zawdzięczał tak mistrzowskie odwzorowanie zagięć na chuście, dodawała mi w tym momencie nieco otuchy. Rzecz jasna Twardogłowi nigdy nie puściliby mnie wolno tylko dlatego, że udało mi się uchwycić Sarina z lepszego profilu; muszę jednak przyznać, że kiedy dowiedzieli się, kim jestem, nieco się opamiętali i przestali wymachiwać mi nad głową pałkami.

Eskortowani przez pół batalionu strażników, Ezechiasz i ja trafiliśmy w końcu do sal przesłuchań. Gdy zabrano nas do osobnych pomieszczeń, nie wiedziałem, że rozstaję się z chłopakiem na wiele długich godzin. Moje zeznania zostały spisane przez sierżanta o niezwykle przenikliwym spojrzeniu, który niemal każde zdanie przerywał mi dziesiątkami czepialskich pytań. Wyznałem mu całą prawdę — nie miałem powodu, by ukrywać cokolwiek, co zrobiłem lub zobaczyłem. Miałem przy tym wielką nadzieję, że Ezechiasz postąpił tak samo… Nie żebym podejrzewał go o kłamliwość, ale mógł na przykład pominąć kilka istotnych kwestii, byle tylko szybciej przejść do części rozmowy, w której to on pełniłby rolę przesłuchującego. A jeśli zbytnio ich zirytował, mogli powybijać mu zęby jeszcze zanim zdołał potwierdzić moją wersję wydarzeń.

Ściany pokoju przesłuchań były grube — nie dość jednak, by odciąć mnie od zgiełku, jaki panował owego wieczora w siedzibie Straży. Co chwilę za drzwiami rozlegał się odgłos kroków, co kilka minut moich uszu dobiegały również odległe krzyki. Nie rozumiałem poszczególnych słów; z tonu jednak wnioskowałem, że były to rozkazy wydawane podwładnym. Przesłuchujący mnie sierżant nie miał zamiaru dzielić się ze mną nowinami na temat dalszych wydarzeń w gmachu Sądu. Sądząc po zamieszaniu, jakie panowało w budynku, zamachowcom udało się zbiec, a postawione w stan gotowości służby Harmonium przeczesywały właśnie miasto w ich poszukiwaniu.

Po kilku godzinach sierżant uznał w końcu, że wyciągnął już ze mnie dość wyznań i wyszedł, zostawiając mnie w pokoju z dwoma nader czujnymi kapralami. Było jasne, że moja historia nie usatysfakcjonowała przesłuchującego („githyanki i githzerai jako wspólnicy? Masz mnie pan za kompletnego pomyleńca?”), jednak wywarła nań dostateczne wrażenie, by poczuł się zobowiązany poinformować o wszystkim swojego przełożonego. Masakra w gmachu Sądu należała do rzeczy, jakie w Sigil po prostu się nie zdarzają. Było więc pewne, że dochodzenie w tej sprawie przyciągnie uwagę wszystkich ważniejszych instytucji w mieście, zaś Twardogłowi zaczną działać bardzo ostrożnie, byle tylko nie ściągnąć na siebie kłopotów natury prawnej.

Minęła kolejna godzina… a przynajmniej tak mi się wydawało. W towarzystwie Strażników Harmonium, wielkich jak góry i równie rozmownych, czas płynie raczej nieśpiesznie. Pilnujący mnie śmiałkowie stali przy drzwiach z rękami założonymi na piersiach i ani na moment nie spuszczali ze mnie natarczywego wzroku. Gdyby tylko przemknęło im przez myśl, że zaraz zacznę miotać na prawo i lewo śmiercionośne czary, natychmiast by mnie wypatroszyli.

— Nie znam ani jednego zaklęcia! — rzuciłem z irytacją po jakichś trzydziestu minutach cierpliwego znoszenia ich spojrzeń. Rzecz jasna, moje zapewnienie jedynie wzmogło ich czujność.

W końcu drzwi ponownie się otworzyły. Zamiast oczekiwanego sierżanta do pokoju wkroczyły trzy dystyngowane persony: Faktol Sarin ze Straży Harmonium, Faktol Hashkar ze Stowarzyszenia Porządku oraz Faktol Erin Darkflame Montgomery z mojego rodzimego Stronnictwa Doznań. Wprawdzie miałem okazję osobiście poznać całą trójkę, jednak instynktownie pokłoniłem się przed każdym z osobna — troje faktolów w jednym pomieszczeniu to nie byle grupka, a oficjalna delegacja. Lady Erin przywitała mnie z właściwym Czuciowcom ceremoniałem.

— Britlin! — powiedziała, mocno ściskając moją dłoń. — Masz za sobą dzień pełen przygód.

— W istocie, proszę pani. — Spotkałem ją wcześniej kilkakrotnie na różnych zebraniach Stronnictwa, raz nawet siedziałem z nią przy stole podczas pewnej uczty. Stół był ogromny, a mnie posadzono czternaście miejsc od Lady Erin, pomiędzy zubożałą baronową gdzieś z Zewnętrza a wysłannikiem Bractwa Wytwórców Wyrobów Żelaznych. Mimo to pani Faktol zadała sobie trud, by podejść do mnie i przemówić ze swym miękkim akcentem, właściwym mieszkańcom Zewnętrza. Spędziliśmy kilka uroczych minut, dyskutując na temat malarstwa akwarelowego, po czym Lady Erin wdała się w równie ciepłą rozmowę z moim sąsiadem. O ile pamiętam, dotyczyła ona produkcji gwoździ.

Co najważniejsze, jej zainteresowanie nie było udawane. Naprawdę obchodziły ją akwarele, gwoździe i wszystkie inne tematy, które poruszała tamtego wieczora przy stole. Lady Erin była kobietą niezwykłej urody (tak zjawiskową, że obiecałem jej dziesięcioprocentowy upust na dowolny portret, dla samej przyjemności spoglądania na nią w mojej pracowni), lecz jej prawdziwe piękno tkwiło w przymiotach ducha — w płynącej z głębi serca życzliwości, empatii, inteligencji oraz entuzjastycznemu podejściu do życia.

Sposób, w jaki powitała mnie w pokoju przesłuchań, sugerował, że jej zdaniem wystarczająco się już nacierpiałem podczas zamachu w Sądzie. To wiele zmieniało — choć pani faktol liczyła sobie niewiele ponad trzydzieści lat, cieszyła się ogromnym poparciem w Hali Mówców. Gdybyśmy mieszkali w innym mieście, prawdopodobnie dawno zostałaby wybrana na burmistrza. Jej wstawiennictwo było mi w stanie zapewnić bezpieczeństwo — przynajmniej na jakiś czas.

Guwernat Hashkar i Kapitan Sarin również wydawali się przyjaźnie nastawieni. Ich oblicza były poważne i strapione od nadmiaru złych wieści płynących z miasta, jednak nie dostrzegałem w nich wrogości. Faktol Hashkar zbliżył się nawet, by uścisnąć mi rękę.

— Słyszałem, że ocaliłeś bibliotekę — powiedział. — A przynajmniej tyle, ile dało się ocalić. Dobra robota, wręcz na medal. Szefowa protokołu odpowiednio cię wynagrodzi, gdy tylko dojdzie do siebie, tylko że to może trochę potrwać. Będzie musiała na nowo zapełnić półki książkami. Ale wiem, że jest ci wdzięczna, bardzo wdzięczna. Jak my wszyscy.

Pokłoniłem się raz jeszcze, bardzo nisko. Hashkar był krasnoludem w podeszłym wieku. Jako młodzieniec mógł mierzyć około metra trzydziestu, jednak upływający czas mocno przygiął go do ziemi. W jego skurczonej postaci najbardziej rzucały się w oczy ekstrawaganckie białe wąsy zwieszające się prawie do podłogi niczym dwie miotełki. Złośliwi twierdzili, że miały one odwracać uwagę od ognistej czerwieni jego ogromnego nosa. Według innej teorii faktol cenił sobie atrybuty, które nadawały mu wygląd zniedołężniałego starca i sprawiały, że podczas obrad w Hali Mówców młodsi koledzy brali go za tetryka o przykurzonym intelekcie — mógł wówczas nieoczekiwanie zabrać głos i jedną celną uwagą zmiażdżyć argumenty przeciwników.

— Starczy już gadania — odezwał się krzepko Kapitan Sarin. Zdążyłem zaobserwować, że Sarin każdą czynność wykonywał właśnie tak: krzepko. Gdy odwiedził moją pracownię, by mi pozować, tak krzepko przechadzał się między słojami farb, że byłem pewien, iż w któryś zaraz wdepnie. Nie wdepnął. Ramiona miał szersze i bardziej umięśnione niż niejeden byk, jednak jasne było, że nie został faktolem Harmonium wyłącznie ze względu na imponującą siłę. — Panie Cavendish — zwrócił się do mnie. — Musimy zadać panu jeszcze kilka pytań.

— Rozumiem, sir. — Pochyliłem głowę w kolejnym ukłonie. Byłem przekonany, że tak właśnie powinno się reagować na zwrot per „pan” ze strony faktola.

— W zeznaniach złożonych mojemu sierżantowi podaje pan same fakty. Teraz chcielibyśmy poznać pana opinie. Podejrzenia, przypuszczenia, wrażenia… Jest pan spostrzegawczy, obraca się pan w wielu kręgach. Może ma pan własną teorię dotyczącą całego zajścia? Kogo wskazałby pan jako prawdopodobnych sprawców? Anarchistów, może Chaosytów?

— Żadnej z tych frakcji, sir.

Kapitan uniósł brew, pośpieszyłem więc z wyjaśnieniami:

Anarchiści doskonale wiedzą, jak udawać strażników Harmonium. Podszywanie się to jedna z ich podstawowych strategii. Zakładam, że nawet w tej chwili w budynku można by naliczyć z tuzin agentów Ligi. Muszą się przecież dowiedzieć, jak radzicie sobie z obecną sytuacją.

— Zapewne ma pan rację — odrzekł Sarin, krzywiąc się lekko.

— Anarchiści lepiej dopracowaliby podobny plan — kontynuowałem. — Nie pozwoliliby sobie na niedociągnięcia, jak choćby te źle zawiązane chusty. Są na to po prostu za dobrzy. Jeśli zaś chodzi o Chaosytów, nie wykrzesaliby z siebie dość dyscypliny. Fałszywi strażnicy maszerowali jak rasowi żołnierze i równocześnie oddawali strzały. Chaosyci brzydzą się tak dobrą organizacją, prędzej wpadliby do budynku, zaczęli bezładnie strzelać i wybiegli z wrzaskiem. Wojskowa precyzja zupełnie nie jest w ich stylu.

Kapitan rzucił chmurne spojrzenie w kierunku Guwernata Hashkara i Lady Erin. Oboje pokiwali głowami. Sarin westchnął.

— Podzielamy pańską opinię, Cavendish — zwrócił się do mnie. — Mieliśmy po prostu nadzieję, że mógł pan dostrzec coś, co zaprzeczyłoby naszym podejrzeniom. Byłoby nam o wiele łatwiej, gdybyśmy mogli obwinić za całe zamieszanie powszechnie znanych mącicieli.

— Rozumiem, że nie udało się jeszcze schwytać tych oprychów? — spytałem.

— Wszyscy trzej uciekli — odrzekła z nieskrywaną irytacją Lady Erin. — Jak wspomniałeś, masakra została zaplanowana z wojskową precyzją. Gdy tylko na miejscu zjawiła się Sędzia DeVail, jeden z zamachowców krzyknął „odwrót!” i uaktywnił jakieś magiczne ustrojstwo, które rozbłysło jasnym światłem. Chwilę później nie było już po nich śladu. Sędzia miała nadzieję, że może po prostu stali się niewidzialni i zaczęła strzelać w ich kierunku, ale na nic się to nie zdało.

— Czy Sędzia DeVail wie, że złodzieje obrabowali jej gabinet?

— Nie mieliśmy jeszcze okazji z nią pomówić — włączył się do rozmowy Hashkar. — Oonah od razu ruszyła z pomocą nieszczęśnikom, których dosięgnął ogień. Starała się uspokoić tłum, opatrywała rany… Udało jej się nawet rozdzielić devę i kornugona, którzy ciągle siłowali się w płomieniach. Niestety, nawdychała się przy tym mnóstwo dymu i w końcu opadła z sił. Uzdrowiciele mówią, że rano będzie jak nowo narodzona, ale póki co radzą pozwolić jej się wyspać.

— Niedobrze — skwitowałem. — Gdybyśmy wiedzieli, co dokładnie zostało skradzione, sytuacja mogłaby się nieco rozjaśnić.

Kapitan Sarin chrząknął.

— Jest pan pewien, że kradzież miała związek z zamachem?

— Bez wątpienia — odpowiedziałem z przekonaniem. — Po pierwsze, złodzieje czekali na moment, kiedy Sędzia DeVail rzuci się na pomoc ofiarom zamachu. Kiedy weszli do jej gabinetu, przetrząsnęli całe biurko w poszukiwaniu jednego konkretnego zwoju. W ogóle nie zwracali uwagi na wartościowe pamiątki, których pełno było dookoła. Gdy tylko znaleźli zwój, podłożyli ogień w gabinecie Sędzi i innych pokojach, licząc, że władze uznają, iż pożar sam tam dotarł. Musieli wiedzieć o planowanym ataku, zaczaili się. Bardzo możliwe, że cała strzelanina na dole służyła tylko temu, by odwrócić uwagę i ułatwić złodziejom zadanie.

Sarin pokręcił głową.

— Pozostaje jeszcze kwestia tożsamości złodziei — powiedział. — Ciężko uwierzyć, że githzerai mógłby być wspólnikiem githyanki.

— Ich wygląd mógł być efektem iluzji albo tymczasową zmianą kształtu. Proszę pamiętać, że Ezechiasz wyczuł ich obecność, zanim się pojawili. Twierdził, że otaczała ich silna magiczna aura.

— Możliwe — wtrąciła Lady Erin, robiąc kwaśną minę. — Jeśli jednak mieli możliwość wyboru kamuflażu, czemu zdecydowali się przybrać postać githzerai i githyanki? Rozsądniej byłoby upodobnić się do Guwernatów albo strażników Harmonium. Nie musieliby się obawiać, co się stanie, jeśli ktoś zauważy ich w korytarzu.

— Słuszna uwaga — przyznał Sarin. — Nadal jednak sądzę...

Jego myśl przerwało głośne pukanie do drzwi. Po chwili, nie czekając na zaproszenie, do pokoju przesłuchań weszła porucznik straży. Wręczyła kapitanowi kartkę, ten zaś w milczeniu zapoznał się z jej treścią. Po twarzach pozostałych faktolów widać było, że ledwie się powstrzymywali, by nie zacząć mu czytać przez ramię.

— Zła nowina? — spytała Lady Erin.

— Nie nazwałbym tego nowiną — mruknął Sarin. Spojrzawszy w moją stronę, zawahał się przez moment, najwyraźniej niepewny, czy powinien omawiać sprawę w mojej obecności. Zanim jednak zdążyłem zaproponować, że wyjdę, kapitan zaczął mówić:

— Poprosiłem o pomoc kilku bystrych krwawników z naszego zaplecza. Miałem nadzieję, że wpadną na jakiś trop i nie zawiodłem się. Udało im się połączyć kilka faktów w jedną, dość niepokojącą całość.

— Co odkryli? — zapytał Hashkar.

— Dziesięć dni temu odnotowaliśmy bunt w Odwachu — w skrzydle, w którym mieści się główna siedziba Loży Ponurych. Każdy wie, że spora część obłąkańców trzymanych w przytułku to czarodzieje — ci, którzy posiedli wiedzę, której nie jest w stanie ogarnąć śmiertelny umysł, i tak dalej. Dziesięć dni temu jednemu z nich udało się uciec. Wykradł po drodze składniki potrzebne do stworzenia kilku ognistych kul, po czym uwolnił z cel cały blok niebezpiecznych pacjentów. Sam zniknął bez śladu, natomiast oswobodzone świry zdążyły zdemolować sporą część siedziby Ponuraków. Na szczęście udało się ich z powrotem pozamykać.

— Ale co to ma wspólnego z masakrą w Sądzie? — spytała Lady Erin z nutką zniecierpliwienia w głosie.

— To nie koniec — odrzekł Sarin. — Sześć dni temu w Wielkiej Kuźni wybuchł piec. Zawaliła się przy tym jedna ze ścian, wszędzie pełno było ognia i stopionego metalu. Odnotowaliśmy tuziny ofiar i znaczne uszkodzenie budynku, przy czym, nie zgadniecie: większość zniszczeń dotyczyła części Kuźni będącej główną siedzibą Bogowców.

— Czytałam doniesienia na ten temat — powiedziała Lady Erin. — Źródła jednogłośnie potwierdzały, że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek.

— Co wobec tego powiesz na taki wypadek? — zwrócił się do niej Sarin. — Nie dalej niż przedwczoraj w Ulu wybuchł poważny pożar. Oczywiście w slumsach takie rzeczy zdarzają się często, ale według doniesień moich krwawników ogień strawił przede wszystkim budynki, w których gromadzą się Chaosyci.

Lady Erin zmarszczyła czoło.

— Mamy więc do czynienia z trzema katastrofami w siedzibach frakcji…

— Czterema — poprawił ją Guwernat. — Nie zapominaj, że Sąd Miejski to siedziba moich ludzi.

— Do tego we wszystkich czterech przypadkach istotną rolę odegrał ogień — dodał kapitan. — Ciekawy zbieg okoliczności, prawda?

— W porządku — rzekła Lady Erin. — Zwołuję zebranie nadzwyczajne w Hali Mówców. Za godzinę. Chcę mieć na nim wszystkich faktolów, w miarę możliwości. Kapitanie, możesz rozesłać gońców?

— Powiadomię wszystkich. — Sarin pokiwał głową.

— A pan Cavendish? Skończyłeś go przesłuchiwać?

Kapitan znowu przytaknął.

— W takim razie — powiedziała Lady Erin, odwracając się w moim kierunku — chciałabym, byś poczekał na mnie w Gmachu Rozrywki. Może minąć trochę czasu, zanim wrócę. Zgłoś się do zarządcy — dostaniesz posiłek, miejsce do odpoczynku, co tylko zechcesz. Jeszcze jedno: nie muszę ci chyba tłumaczyć, że wszystko, co usłyszałeś w tym pokoju, to ściśle poufne informacje?

— Oczywiście, proszę pani. — Pokłoniłem się bardzo nisko.

— Doskonale — uśmiechnęła się ponuro. — Bierzmy się zatem do pracy. Przed nami długa noc.



Trójka faktolów w okamgnieniu opuściła pomieszczenie. Porucznik, kaprale i ja kłanialiśmy się raz za razem, dopóki nie zamknęły się za nimi drzwi. Nie wiadomo, czy faktolów obchodzą w ogóle takie akty kurtuazji, ale nie miałem zamiaru zostać pierwszą osobą, która przekonała się o tym na własnej skórze.

Porucznik odczekała dłuższą chwilę (zdążyłem doliczyć w myślach do dwudziestu), zanim sama opuściła pokój. Myślę, że chciała się upewnić, że nie spotka faktolów na korytarzu. Pewnie też miała dość ukłonów na jeden dzień. Z udawaną nonszalancją rozejrzała się wokoło, po czym poleciła kapralom zająć się moim zwolnieniem i pośpieszyła ku innym obowiązkom.

Zwolnienie mnie oznaczało po prostu zwrócenie mojej sakiewki i pozostałych przedmiotów, które znaleziono przy mnie w chwili aresztu. Mój dobytek nie prezentował się szczególnie groźnie — ot, klucze, garść orzeszków w płóciennej torebce oraz kawałek kwarcu jaśniejący nieprzerwanie delikatnym światłem — prezent od znajomej z frakcji, która obecnie obrastała w piórka jako królowa jakiegoś pomniejszego świata w Pierwszej. Mimo to Strażnicy skonfiskowali wszystko, dla zasady. W końcu gdybym był magiem (którym nie jestem), mógłbym pozamieniać wszystkich w Koszarach w nietoperze przy użyciu skrawka szmatki.

Gdy przytraczałem sakiewkę z powrotem do pasa, do pomieszczenia wkroczył sierżant, który wcześniej mnie przesłuchiwał. Na mój widok twarz mu stężała; najwyraźniej nie był zadowolony z faktu, że zostanę wypuszczony na wolność. Zapewne dawał posłuch klasycznej teorii Harmonium, według której każdy musi mieć na koncie coś, za co warto go zdybać.

— Jednak cię puszczają, Cavendish — stwierdził po dłuższej chwili milczenia. — Uważaj, żeby wolność nie uderzyła ci do głowy. Trzymaj się z dala od kłopotów — będę miał oko na ciebie i tego twojego znajomka.

— Może mógłby pan zacząć już teraz? Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby popilnował pan Ezechiasza, przynajmniej dziesięć minut, żebym miał czas oddalić się na bezpieczną odległość.

— Chcesz mu się wymknąć? — Sierżant pogładził swą brodę w wyrazie kontemplacji. — Gdybyś był zwykłym cwaniaczkiem, Cavendish… Mówię to czysto teoretycznie — wszak wiem, żeś dobrze urodzony i dobrze sytuowany, a twoi przyjaciele są w stanie wyciągnąć cię z paki nawet wtedy, gdy wszelki rozsądek nakazuje cię w niej zatrzymać… Gdybyś jednak był zwykłym cwaniaczkiem, wówczas miałbym powody podejrzewać, że usiłujesz wykiwać swojego wspólnika. Mógłbyś na przykład puścić się pędem do kryjówki, w której trzymacie brzdęk, i oczyścić ją do ostatniej monety, zanim chłopak wyjdzie na wolność.

Spojrzałem nań z niedowierzaniem.

— Sierżancie, widzę, że minął się pan z powołaniem. Wystarczy szepnąć mi słówko, a uruchomię swą sieć kontaktów i umówię pana z kimś z branży wydawniczej. Krwawnicy z wyobraźnią taką jak pańska zawsze są w cenie. Tymczasem jednak muszę już życzyć panu dobrej nocy.

Moja tyrada nie przyniosła oczekiwanego efektu. Zamierzałem demonstracyjnie odwrócić się na pięcie i oddalić się dumnym krokiem, otoczony aurą urażonej godności. Niestety sierżant odmaszerował w swoją stronę, zanim jeszcze skończyłem mówić. Ostatnie słowa trafiły jedynie w pustkę korytarza.

Zawiązałem ostatni trok przy sakiewce i ruszyłem ku głównej bramie budynku. Jak już wspominałem, atmosfera w siedzibie Harmonium była tego wieczora wyjątkowo napięta. Strażnicy biegali po korytarzach, pojedynczo lub w niecnych stadkach, które całkowicie blokowały przejście. Śpieszyło mi się równie bardzo jak im, jednak w przeciwieństwie do mnie oni wyposażeni byli w pałki i miecze. Ostatecznie więc co chwilę przytulałem się do ściany, by umożliwić im przemarsz.

W końcu dotarłem do bramy i wyszedłem na ulicę. Był przeciwszczyt, moje nozdrza wypełniło znajome zatęchłe powietrze. Zatrzymałem się na frontowych schodach, by wziąć pierwszy głęboki oddech na wolności… gdy nagle usłyszałem za sobą głos sierżanta.

— Tu jesteś, Cavendish! — rzekł z przekąsem. — Nie zapomniałeś czasem o swoim młodym przyjacielu?

— Witam! — zaszczebiotał stojący przy nim Ezechiasz, wyciągając ku mnie kościstą dłoń. — Całe szczęście, że złapaliśmy pana, zanim pan wyszedł.

— Całe szczęście — przyznałem ponuro.



U podnóża schodów Ezechiasz odwrócił się, by pomachać sierżantowi na pożegnanie. Strażnik również pomachał mu ręką, jednak jego małe, lśniące oczy spoglądały na mnie. Przypominał gracza w wista, który właśnie niespodziewanie zagrał atut.

— Całkiem mili goście z tych strażników — zwrócił się do mnie chłopak, najwyraźniej nieświadomy cichego pojedynku między mną i sierżantem. — Zaprosiłem nawet kilku kolejkę w ich ulubionej karczmie, ale chyba na razie muszą się skupić na sprawie pożaru.

— Jeśli chcesz zasmakować nocnego życia — wtrącił z tyłu sierżant — tym bardziej trzymaj się Cavendisha. Słyszałem, jak Lady Erin zapraszała go na wieczór do Gmachu Rozrywki.

— Do Gmachu Rozrywki? — podchwycił Ezechiasz z żywym zainteresowaniem.

— Jestem panu bardzo wdzięczny, sierżancie — syknąłem. — Ale może już czas, by zajął się pan kimś, kto naprawdę potrzebuje pomocy?

Strażnik skłonił się ze złośliwym uśmieszkiem.

— Dobrej nocy, Cavendish. Mam nadzieję, że będziecie się wyśmienicie bawić — powiedział, po czym spacerowym krokiem oddalił się w stronę budynku.

— Gmach Rozrywki? — powtórzył Ezechiasz, chwytając mnie za ramię. — To jakaś mordownia pełna złodziei i karaluchów, prawda? Obiecałem sobie, że podczas pobytu w Sigil przynajmniej raz odwiedzę taką jaskinię niegodziwości.

— W takim razie kiepsko trafiłeś — odrzekłem z irytacją. — Ludzie wymyślają kretyńskie plotki tylko dlatego, że Gmach należy do Czuciowców. Chodź, sam zobaczysz.

Wyciągnąłem go na środek ulicy, skąd mieliśmy lepszy widok na niebo. Jak już wspominałem, sigilijski nieboskłon w niczym nie przypomina tych z Pierwszej. Miasto położone jest na wewnętrznym obrzeżu koła i rozciąga się na długość nieco ponad trzydziestu kilometrów. Patrząc w górę, dostrzec można zarysy zabudowań znajdujących się na przeciwległym krańcu miasta, oddalonych o jakieś osiem kilometrów. W miejscu, w którym staliśmy, najjaśniejszym punktem firmamentu w przeciwszczycie był właśnie Gmach Rozrywki. Migotał zachęcającym, żółtawym blaskiem, otoczony przez setki mniej wyrazistych świateł, z których każde było kabaretem, kawiarnią lub — przyznaję — domem publicznym, a wszystkie istniały po to, by bawić gości, których potrzeby nie ograniczały się do żłopania chrzczonego wodą piwska w podrzędnej knajpie.

— To Gmach Rozrywki — powiedziałem, wskazując jasny punkt palcem. — Możesz się tam udać na operę, koncert symfoniczny albo pokaz tresowanych miśków. Mieszczą się w nim trzy galerie sztuki, najwspanialsze muzeum antyków w całym Wieloświecie i arena, którą mógłbyś odwiedzać codziennie przez okrągły rok i nigdy nie uświadczyłbyś dwa razy tej samej dyscypliny sportu. Jeśli poczujesz pragnienie, w barze znajdziesz wino tak delikatne, że wyparuje, zanim jeszcze zbliżysz kieliszek do ust, albo bimber tak mocny, że nie tylko ty sam będziesz pijany do końca życia, ale jeszcze twoje dzieci i wnuki. Teraz rozumiesz, co to za miejsce?

— Gmach Rozrywki… — westchnął w zamyśleniu Ezechiasz. — Wujek Toby wspominał, że można tam pójść na pokaz, w którym kobiety… — zbliżył się do mnie i zaczął mi szeptać do ucha.

— To występy w przerwie meczu na arenie — odrzekłem. — Myślisz, że po co tyle osób przychodzi oglądać sporty, o których nigdy nie słyszało?

— No to ruszajmy! — zakrzyknął chłopak i ruszył w dół ulicy. W oczach wciąż migotały mu światła Dzielnicy Urzędników.



W zwyczajną noc nigdy nie wybrałbym się na przechadzkę ulicami Sigil bez rapiera, który odziedziczyłem po ojcu — nawet od najlepiej oświetlonych bulwarów odchodzą boczne alejki, w których aż się roi od oprychów. Niestety do budynku Sądu nie wolno wnosić broni nikomu poza Guwernatami i Strażnikami Harmonium, więc zmuszony byłem zostawić rapier w domu. Krocząc przez miasto pogrążone w mroku przeciwszczytu, wciąż czułem na sobie spojrzenia czyhających w cieniu bandytów.

Na szczęście Harmonium zasiliło tej nocy swoje patrole — strażnicy okupowali niemal każdy róg i maszerowali wte i wewte w bliżej nieokreślonym celu. Zauważyłem też, że mnie i Ezechiaszowi przydzielono osobistego funkcjonariusza — przysadzistą krasnoludkę (a przynajmniej wydawało mi się, że była to kobieta — z krasnoludami nigdy nie wiadomo), która wytrwale podążała naszym tropem, trzymając się kilka metrów w tyle. Nie nosiła strażniczej chusty, ale zdradzał ją charakterystyczny ciężki krok. Bez wątpienia była prezentem od mojego ulubionego sierżanta, wysłanym na wypadek, gdybym zapragnął umknąć Ezechiaszowi i zatracić się w występnym szaleństwie. Im dłużej jednak o tym myślałem, tym bardziej byłem przekonany, że powinienem trzymać chłopaka blisko siebie, przynajmniej na razie. Obaj byliśmy świadkami kradzieży, która mogła stanowić część znacznie szerzej zakrojonego spisku. Gdybym zostawił go samopas, prędzej czy później trafiłby do jednej z „jaskiń niegodziwości”, gdzie wypaplałby wszystko towarzystwu złożonemu ze złodziei i ladacznic. Słowo szybko się niesie przez sigilijskie slumsy — wkrótce dotarłoby do uszu zbirów, których spotkaliśmy w gabinecie sędzi. Może nie przejęliby się tym, że zostali nakryci… Bardziej jednak prawdopodobne, że postanowiliby na wszelki wypadek uciszyć tych, którzy mogli ich rozpoznać. Najpierw dopadliby Ezechiasza, a wkrótce potem mnie.

Gdy rozpatrywałem sytuację w tym świetle, jedynym słusznym wyborem wydawało mi się pilnować chłopaka aż do momentu, gdy będę mógł obarczyć tym obowiązkiem kogoś innego. Miałem szczerą nadzieję, że w znalezieniu owego jelenia pomoże mi Lady Erin.



Koniec końców bezpiecznie dotarliśmy na miejsce, zapewne dzięki czuwającym nad nami Strażnikom. Po drodze musiałem jedynie odpędzić kilka panien lekkich obyczajów oferujących nam swe usługi. Usłyszawszy po raz dziesiąty, że może „spuścić trochę pary”, Ezechiasz zapytał mnie, czy sauny są w Sigil aż tak popularne.

Trudniejsze okazało się przeciągnięcie chłopaka przez alejki prowadzące do Gmachu Rozrywki. Nic zresztą dziwnego — roiło się w nich od czarowników, lutniarzy, akrobatów i innej maści urokliwych, utalentowanych indywiduów doskonale wyszkolonych w sztuce przyciągania uwagi nowo przybyłych podróżników. Dostrzegłem, że Ezechiasz co chwilę sięga do swej torby po monety dla kolejnych grajków — robił to tak często, że zacząłem się zastanawiać, czy nie podróżuję czasem z prawdziwym bogaczem. W dodatku nie rozumiałem, jak wszystkie te srebrniki mogły się pomieścić w tak niewielkiej torbie. Może była to kolejna magiczna sztuczka osławionego wuja?

Gdy w pośpiechu mijaliśmy kolejnych śpiewaków, żonglerów i gimnastyczki, coraz gorzej czułem się z faktem, że muszę popędzać chłopca, ciągnąc go w kierunku komnat Lady Erin. Ezechiasz nigdy wcześniej nie był w Gmachu; należała mu się szansa doświadczenia przynajmniej ułamka oferowanych tu atrakcji. Gdybym tylko znalazł kogoś, kto utrzymałby go z dala of kłopotów...

Rozejrzałem się dookoła i moje spojrzenie padło na znajomą kobiecą twarz. Przywołałem dziewczynę gestem ręki. Podobnie jak ja, Lillian fa Liranill miała trzydzieści dwa lata; ponieważ jednak była elfem, stała dopiero na progu dorosłości, co zresztą bardzo lubiła podkreślać. Dołączyliśmy do Bractwa w podobnym czasie, uczestniczyliśmy w tej samej ceremonii inicjacyjnej i od tamtej pory łączyła nas zażyła bratersko-siostrzana więź.

Lillian była urocza i pełna życia, a do tego potrafiła cieszyć się dosłownie wszystkim, co ją otaczało. Pewnego razu przyglądałem się jej, gdy pisała list do przyjaciela. Co trzy sekundy zatrzymywała się, by wybrać kolor atramentu dla kolejnego słowa, po czym śmiała się cicho, patrząc na efekty swojej pracy. Ciężko wymarzyć sobie lepszego przewodnika po uciechach oferowanych w Gmachu.

Powinienem pewnie dodać, że Lillian świetnie się też spisywała, pozując do obrazów.

— Lil — powiedziałem głośno, by usłyszała mnie w hałasie tworzonym przez parę stojących nieopodal bębniarzy. — To Ezechiasz Virtue. Dopiero co przybył do Sigil.

— Naprawdę? — Oczy jej zajaśniały. — Dopiero co przybył?

— Tak, proszę pani — odrzekł chłopak. — Dopiero co.

— Cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy — powiedziałem, po czym zwróciłem się do elfki: — Zastanawiałem się, czy nie zechciałabyś oprowadzić Ezechiasza po Gmachu, pokazać mu kilku atrakcji i tak dalej?

— Chciałby zobaczyć atrakcje? — Rozpromieniła się jeszcze bardziej.

— Tak, proszę pani — zapewnił ją Ezechiasz. — Marzę, by je zobaczyć.

— Może mogłabyś spełnić jego marzenie — zasugerowałem.

Jeszcze szerzej otworzyła oczy. Niesamowitą cechą oczu Lil było to, że mogła otwierać je coraz szerzej i szerzej, bez końca.

— Chciałbyś, żebym cię oprowadziła? — zwróciła się do chłopca.

— Bardzo — odrzekł z powagą.

— Załatwione — ucieszyłem się. Odciągnąwszy Lillian na stronę, szepnąłem do niej:

— Ezechiasz ma za sobą okropne przeżycia. Dobrze by mu zrobiło, gdyby choć na chwilę o nich zapomniał. Mogłabyś mu w tym pomóc? Przypilnować, żeby nie zaczął o nich rozmawiać, nawet z tobą? Zająć jego umysł innymi rzeczami?

— Żaden kłopot — zapewniła z uśmiechem, po czym odwróciła się z powrotem do Ezechiasza, objęła go w pasie ramieniem i mocno przytuliła. — Co chciałbyś zobaczyć w pierwszej kolejności? Na pewno nie będziemy się nudzić.

Z trudem powstrzymując się od śmiechu, oddaliłem się w stronę komnat Lady Erin. Miałem Ezechiasza z głowy na całą noc.



Apartament pani faktol położony był w najbardziej niedostępnej części Gmachu, strzeżonej przez staruszka z rodzaju drażliwców, którzy nigdy nigdzie nie wychodzą, a i tak wszystko wiedzą. Każdy takiego zna: wystarczy wyobrazić sobie właściciela miejscowej karczmy, który zdaje się kursować jedynie między ladą a piwniczką… Kiedy jednak staniesz się świadkiem ulicznego pojedynku i wpadniesz do jego przybytku, by podzielić się nowinami, gość nie tylko będzie dokładnie wiedział, co się stało, ale wyjaśni ci też, co doprowadziło do bójki i zacytuje prognozy medyka, który opatrywał rannych.

Właśnie do tego typu starców zaliczał się TeeMorgan, zarządca komnat Lady Erin. Był bariaurem — przypominał centaura, jednak od pasa w dół wyglądał bardziej jak baran niż koń, a jego czoło zdobiły kręcone baranie rogi.

— Słyszałem, że wpakowaliście się w sam środek masakry w Sądzie — zauważył, gdy tylko mnie zobaczył. — Ty i ten Pierwszak. Jak się go w końcu pozbyłeś? Wrzuciłeś go do dziury w wychodku?

— Lillian się nim zajmuje — odpowiedziałem. — Dałbyś lepiej coś do jedzenia. Od południa nie miałem nic w ustach.

— Też mi wyczyn — burknął. — Głód to jedna z podstawowych rzeczy, jakich powinien doświadczyć Czuciowiec.

— Kiedy skończyłem dwadzieścia pięć lat, urządziłem sobie półtoramiesięczny post.

— Przynajmniej obrazy, które wtedy namalowałeś, były cokolwiek warte — odciął się. — W odróżnieniu od wszystkich tych portretów, krajobrazów, martwych natur… Gdzie się podziała stara dobra abstrakcja? Prawdziwa sztuka polega na malowaniu tego, co czujesz — nie tego, co widzisz. Jaki sens ma kopiowanie na płótnie banalnej misy winogron? A przecież tak łatwo uczynić z dzieła manifest — wystarczy na przykład domalować winogronom twarze uchwycone w niemym krzyku...

— Nie miałbym nic przeciwko banalnej misie winogron — powiedziałem.

— Pewnie, najłatwiej zmienić temat. Weźmy chociażby ten portret Faktola Sarina wiszący w Koszarach. Mój czteroletni wnuk rozpracowałby go w sekundę. Coś takiego nazywasz sztuką?

— Nazywam to moją pracą. Ludzie płacą mi za malowanie obrazów wyglądających jak obrazy. Nie obchodzą ich manifesty, tylko zwykłe, nieme winogrona. Sądząc po ilości złota, jaką gotowi są u mnie zostawiać, muszą być całkiem zadowoleni z tego, co otrzymują.

— Złoto, ach, złoto — westchnął z przekąsem. — Jesteś Czuciowcem, Cavendish. Powinieneś otworzyć serce na więcej niż jeden minerał. Co twój ojciec pomyślałby o synu, którego zadowala przeciętność?

W tym momencie wezbrała we mnie złość. TeeMorgan i ja często sprzeczaliśmy się o sztukę, jednak wzmianka o moim ojcu była ciosem poniżej pasa. Bariaur chyba wyczytał z mojej twarzy, że posunął się za daleko, ponieważ natychmiast odwrócił się i wydał mrukliwy, gardłowy odgłos.

— Do Piekieł z taką czczą gadaniną — powiedział. — Zobaczę, co zostało w spiżarni.

Z głośnym stukiem kopyt oddalił się na zaplecze; ja tymczasem stałem bez ruchu, pogrążony w myślach.

Mój ojciec, Niles Cavendish, był bohaterem: uznanym szermierzem, nieustraszonym poszukiwaczem przygód, obrońcą uciśnionych. Rzecz jasna w mieście takim jak Sigil aż roi się od bohaterów — wystarczy wybrać się wieczorem do pierwszej lepszej karczmy, a na pewno znajdzie się w niej jakiś trep piejący o tym, jak powalił Pięciogłowego Potwora Skądśtam czy odnalazł Złoty Talizman Kogo-To-Obchodzi. Niles Cavendish był jednak prawdziwym, rasowym awanturnikiem, którego dokonania sławiono w całym Wieloświecie… Bez wahania rzuciłby się w czeluści Otchłani, gdyby czekała nań tam porwana księżniczka, albo wskoczył do Styksu, by ratować tonącego szczeniaczka.

Od dnia jego zniknięcia minęło już dwanaście lat, a mi ciągle na samą myśl o nim zaciskały się pięści.

W drzwiach spiżarni pojawił się rogaty łeb TeeMorgana.

— Mam trochę zimnej wołowiny z obiadu. Jest też nowy rarytasik, zwą go świńskimi jagodami. Rozumiem, że chcesz trochę?

— Wołowiny? Owszem. Za jagody podziękuję.

— I ty śmiesz się nazywać Czuciowcem — westchnął bariaur.



Lady Erin pojawiła się dokładnie w chwili, gdy stojący nieopodal zegar wybił szóstą rano. Zastała mnie w swoim gabinecie — drzemałem w najlepsze na egzotycznej sofie wyściełanej skórą, która mogła niegdyś należeć do bazyliszka.

— Nie podnoś się — rzuciła w moim kierunku, kładąc na biurku stos papierów. — Przekażę ci kilka wieści i będziesz mógł wrócić do spania. Zależy mi, żebyś dobrze wypoczął.

— Dlaczego, jeśli wolno spytać? — zdziwiłem się.

— Mam dla ciebie zadanie, specjalną misję w służbie Stronnictwa — odpowiedziała. — Przekonałam pozostałych faktolów, że wszystkie siedziby frakcji są w niebezpieczeństwie. Nie mogę rzecz jasna oczekiwać, że w obliczu wspólnego zagrożenia uda nam się połączyć siły… — rzuciła ponure spojrzenie w stronę Gmachu Mówców. — Jest jednak pewna nadzieja na współpracę. Każda frakcja zapewni sobie ochronę, jaką uważa za konieczną. W naszych własnych progach zawita niedługo mała armia najemników… Goście będą zachwyceni, nie ma co. Ale to na szczęście nie twój problem. Rada ustaliła też, że w okolicach siedzib frakcji rozmieszczone zostaną międzyfrakcyjne grupy obserwatorów, mające zgłaszać wszelkie podejrzane zachowania. Nie wolno im będzie bezpośrednio angażować się w razie ataku, bo nie chcemy, by umknął im jakikolwiek szczegół. Mają siedzieć na posterunku i wypatrywać ważnych detali… Jak choćby githzerai i githyanki wybiegających tylnymi drzwiami.

— Rozumiem, że mam dołączyć do jednej z tych grup? — spytałem.

— Dokładnie — odrzekła. — Masz bystre oko, a przede wszystkim widziałeś złodziei. To przewaga, której nie mogę zlekceważyć. Poza tym dasz sobie radę w razie, gdyby doszło do walki… prawda?

Uśmiechnęła się do mnie, jak gdyby pytanie było żartem — jak gdybyśmy oboje wiedzieli, że syn Nilesa Cavendisha musi być doskonałym szermierzem. Przecież to oczywiste, że ojciec przekazał mi całą swą wiedzę w tej dziedzinie.

Nie. Niczego mnie nie nauczył.

Legendarny podróżnik długie miesiące, a czasem nawet lata, spędzał poza domem, rozbijając się po całym Wieloświecie, podczas gdy moja matka i ja musieliśmy radzić sobie sami. Wracał do nas z kieszeniami pełnymi złota, ale gdy już obsypał nas podarkami, resztę zarobku przeznaczał na przygotowania do kolejnej wyprawy. Wkrótce potem znowu zostawaliśmy z niczym. Umiałem posługiwać się rapierem, ale z całą pewnością nie zawdzięczałem tego ojcu. Podstawy fechtunku poznawałem pod okiem prywatnych nauczycieli, na których wynajęcie ledwo było mnie stać. We wczesnej młodości moje starania podyktowane były chęcią zaimponowania ojcu i zwrócenia jego uwagi. Potem zrozumiałem, że muszę umieć walczyć z jeszcze jednego powodu: wielu bitnych krwawników wierzyło, że nic nie daje takiego posłuchu na mieście jak wygrana w pojedynku z Cavendishem.

W przeddzień moich dwudziestych urodzin do drzwi naszego domu zapukali śmiałkowie ocalali z ostatniej wyprawy ojca. Przynieśli mi jego rapier oraz enigmatyczną wiadomość — ojciec „przepadł”. Nie zginął, a przynajmniej nie było na to oczywistych dowodów — po prostu pewnej nocy zniknął bez śladu gdzieś na Zewnętrzu i nikt go więcej nie widział. Po tylu latach matka i ja wiedzieliśmy, że prawdopodobnie nie żyje; mimo to nigdy nie porzuciliśmy nadziei na to, że pewnego dnia jak gdyby nigdy nic pojawi się na progu uśmiechnięty, czarujący, z mnóstwem nowych historii do opowiedzenia. Ostatnimi czasy jednak nadzieja pojawiała się już tylko przypadkiem — kiedy głos lub sposób chodzenia kogoś obcego przynosiły znienacka na myśl wspaniałego Nilesa.

Słowo „przepadł” z czasem okazało się gorsze niż „umarł”. Miałem jednak ojcowski rapier i — jak słusznie przypuszczała Lady Erin — umiałem walczyć.

— Dam sobie radę — odpowiedziałem jej. — Jeśli zajdzie taka potrzeba.

— Mamy nadzieję tego uniknąć — pokiwała głową. — Jeśli zauważysz tych złodziei, nie zgrywaj bohatera. Po prostu pójdź za nimi i dowiedz się, gdzie uwili sobie gniazdko. Kiedy będziemy wiedzieć, gdzie się kryją, na pewno nie zabraknie śmiałków chętnych rozerwać ich na strzępy. Pamiętaj, że ci bandyci mają na sumieniu przedstawicieli czterech różnych frakcji.

— Jak dużo wiedzą pozostali faktole? — zapytałem. — Powiedziała im pani, że atak na Sąd służył odwróceniu uwagi od kradzieży?

Lady Erin pokręciła głową.

— Nie chciałam zdradzać zbyt wiele na otwartym spotkaniu. Nie podejrzewam oczywiście, by za atakami stał któryś faktol, ale kilku z nich słynie ze słabości do plotek. Ważne, że zgodzili się na stworzenie grup obserwatorów. Postaramy się, by w każdej grupie znalazł się Czuciowiec, Guwernat i Strażnik Harmonium — ci już będą wiedzieć, na co zwracać uwagę.

— Myślałem, że każda frakcja będzie miała reprezentanta w każdej grupie.

— Tego by tylko brakowało! — zaśmiała się ponuro. — Pięć, sześć osób w zespole zupełnie wystarczy. Nasze relacje są tak napięte, że nawet pół tuzina krwawników ciężko będzie utrzymać w ryzach. Wiem, co się dzieje, kiedy członkowie piętnastu frakcji zmuszeni są dzielić niewielką przestrzeń — właśnie wróciłam ze spotkania faktolów.

— Chce pani, by zespoły obserwowały sytuację przez całą dobę?

Lady Erin skinęła głową.

— Frakcje udostępnią wam dogodne punkty obserwacyjne w pobliżu swych siedzib. Gońcy będą wam donosić posiłki — oczywiście potajemnie, by nie wzbudzić zainteresowania wroga. W kwestii snu sami się dogadacie, ale ważne, by co najmniej dwie osoby zawsze pełniły wartę.

— I mamy tak obserwować do momentu, aż coś się stanie.

— Macie obserwować do momentu, kiedy będziecie musieli przestać.

Lady Erin podeszła do miękko obitego krzesła przy biurku i ciężko się na nie osunęła.

— Międzyfrakcyjne przedsięwzięcia są z góry skazane na niepowodzenie. Małe nieporozumienia szybko przeradzają się w kłótnie, kłótnie w bójki, i ani się obejrzysz, a wokół krwawnicy wpisują się nawzajem do księgi umarłych… Faktole obiecali wyznaczyć do tego zadania swoich najbardziej „tolerancyjnych” ludzi, ale i tak nie liczyłabym na więcej niż trzy dni względnego spokoju. Wystarczy, że jedna grupa wymknie się spod kontroli, i nasza nadzieja na anonimowość legnie w gruzach. Macie więc obserwować do czasu, gdy któraś z drużyn nawali. Potem nie będzie to miało sensu.

Trzy dni. Trzy dni wyjęte z mojego grafiku, podczas gdy termin oddania obrazu dla Guwernata Hashkara zbliżał się wielkimi krokami. W dodatku pierwsza wersja spłonęła w pożarze, więc byłem skazany na pracę od zera… Chyba że Hashkar oczekiwał ode mnie odwzorowania aktualnego wyglądu rotundy — wówczas mógłbym po prostu zamazać całe płótno czarną farbą. To dopiero byłby manifest.

Tak czy inaczej, nie miałem wyboru — faktolowi po prostu się nie odmawia. Postanowiłem, że rankiem poproszę Lady Erin o skreślenie noty do Hashkara i wytłumaczenie, dlaczego będzie sobie musiał poszukać innego prezentu ślubnego dla kuzyna żony.

Pozostała jednak jedna kwestia, z którą nie mogłem zwlekać do rana.

— Co z Ezechiaszem? — spytałem. — Jeśli zależy nam na tajności, nie możemy tak po prostu pozwolić mu błąkać się po mieście.

— Też się nad tym zastanawiałam — odrzekła Lady Erin. — Dochodzę do wniosku, że czas już najwyższy, by przybysze z zewnątrz zaczęli pełnić w życiu miasta bardziej aktywną rolę. Ostatni spis ludności wykazał, że przewyższają liczebnością każdą z frakcji — nawet Chaosytów, którzy wypełniali podobno po pięć formularzy. Tak liczna grupa mieszkańców powinna być w jakiś sposób reprezentowana… Nie uważasz, że umieszczenie Ezechiasza w grupie obserwatorów mogłoby być pierwszym krokiem w dobrym kierunku?

Skrzywiłem się.

— Ma pani na myśli konkretną grupę?

Lady Erin tylko się uśmiechnęła.

Rozdział IIIEdytuj

Trzy dni wsród martwychEdytuj

Kiedy dotarłem do rodowej posiadłości Cavendishów, niebo było już prawie jasne. Nasz okazały dwupiętrowy dom z kamienia znajdował się zaledwie kilka przecznic od Gmachu Rozrywki. Ojciec kupił go w dniu moich narodzin, o czym uwielbiał mi na każdym kroku przypominać ‒ może dlatego, że był to jeden z nielicznych tematów do rozmowy, który nie przeradzał się po chwili w kłopotliwe milczenie.

Miałem nadzieję cicho wkraść się do budynku, zabrać kilka rzeczy i równie cicho wyjść. Naturalnie skreśliłbym matce wiadomość, że znikam na kilka dni… Naturalnie też nie wyjaśniłbym prawdziwej przyczyny. Napisałbym na przykład: „naglące zlecenie dla modrońskiego ambasadora ‒ kilka najbliższych dni spędzę w ambasadzie Mechanusa”. Ucieszyłaby ją taka informacja, a ja nie musiałbym jej kłamać w żywe oczy...

…gdyby nie fakt, że po wejściu zastałem ją w progu domu.

‒ Chyba poznaliśmy zeszłej nocy kogoś wyjątkowego ‒ odezwała się słodkim głosem.

‒ Nie, mamo.

‒ Britlinie ‒ powiedziała ‒ jeśli dżentelmen wraca do domu nad ranem, jedynym stosownym usprawiedliwieniem jest noc spędzona w towarzystwie damy. Do niczego innego nie przystoi się przyznawać.

‒ Wiem, mamo.

Posłała mi rozbrajający uśmiech ‒ z jakiegoś powodu wierzyła, że kobiety ustawiały się do mnie w kolejce. Po prawdzie nie stroniłem od damskiego towarzystwa, ale daleko mi było do amanta, który każdej nocy kładł głowę na innej poduszce ‒ a za takiego miała mnie matka. Czuciowcy dzielą się na tych, którym zależy na ilości nowych doświadczeń, i tych, którzy cenią przede wszystkim jakość; ja zdecydowanie zaliczałem się do tych drugich.

‒ Cóż nowego na mieście? ‒ zapytała. Pytanie pojawiało się każdego ranka, i każdego ranka przedstawiałem jej zestawienie najświeższych plotek dotyczących znanych i bogatych sigilijczyków: kto z kim spędził noc, kto zbankrutował, czyje dusze zabrały zeszłej nocy baatezu w ramach egzekwowania umów. Najnowszą porcję nowinek pozyskałem podczas śniadania od zawsze dobrze obznajmionego TeeMorgana. Matka nie znała osobiście żadnej z opisywanych osób, jednak kiwała głową ze zrozumieniem za każdym razem, gdy przekazywałem jej kolejny pikantny szczegół. Imiona nie były istotne; mamie chodziło tylko o to, by posłuchać o wybrykach głupców.

Uwielbiała też o nich śpiewać. Nie była pieśniarką ‒ nigdy nawet nie wystąpiła przed nikim spoza najbliższej rodziny ‒ jednak pisała zgrabne, zabawne utwory, które kupowali od niej bardowie ze wszystkich dzielnic Sigil. Nie zdawała sobie sprawy, że jej kompozycje przedstawiano zwykle jako „klasykę minionych wieków” ‒ chodziło zapewne o wyjaśnienie słuchaczom, dlaczego były napisane tak wyszukanym, dworskim językiem. Matka unikała ulicznego slangu jak ognia ‒ nie tylko w swej twórczości, ale i w życiu.

Trzeba przyznać, że jak na córkę księcia trudniła się dość niecodziennym zajęciem. Dawno jednak porzuciła swe arystokratyczne dziedzictwo i nie chciała do niego wracać. Jej ojciec, książę Urbin, władca księstwa Aquilune w jakimś zapyziałym światku w Pierwszej, był brutalnym tyranem, który zakatował własną żonę, a potem zaczął się znęcać nad córką. Annę spotkały z jego rąk niewypowiedziane cierpienia ‒ w każdym razie niewypowiedziane w mojej obecności. Z różnych drobnych przesłanek wnioskowałem, że Urbin wielokrotnie ją gwałcił, oddawał swoim znajomym i poniżał na wszelkie możliwe sposoby… Zaczęło się to, gdy miała jakieś osiem lat i trwało aż do dnia jej szesnastych urodzin.

W dniu, który na zawsze odmienił jej życie, u bram zamku księcia Urbina pojawił się młody szermierz imieniem Niles. Miałem ojcu wiele do zarzucenia, ale nie umiałem go nienawidzić ‒ pierwszym heroicznym wyczynem w jego nader heroicznej karierze było wszak uratowanie mojej matki od pewnej zguby. Jako dziecko wierzyłem, że ojciec własnoręcznie zabił mojego niegodziwego dziada ‒ dopiero później dowiedziałem się, że Niles z tamtych lat nie był jeszcze legendarnym wojownikiem, zdolnym samodzielnie stawić czoła obstawie władcy dobrze strzeżonego zamku. Niles uratował Annę, żeniąc się z nią i zabierając ją do swego rodzinnego miasta ‒ Sigil. Żadne z rodziców nie chciało mi odpowiedzieć na pytanie, czy pozwolenie na jej rękę zdobył, przykładając staremu trepowi do gardła ostrze rapiera.

Jak matce udało się zostawić za sobą piekło dzieciństwa i zostać autorką zabawnych pieśni? Pomalutku. Wkrótce po jej przybyciu do Sigil urodziłem się ja ‒ opieka nad niemowlęciem nie pozostawiała jej wiele czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Pomógł również fakt, że mój ojciec ciągle był w podróży, więc całą uwagę mogła skoncentrować na synu. Często grywała mi na klawesynie, który dostała od ojca w prezencie ślubnym; zaczęła też komponować piosenki, którymi witała go, gdy pojawiał się w domu… Za jego namową zapisała część swych kompozycji, on zaś pokazał je znajomym bardom, którzy jednogłośnie orzekli, że można by na nich zarobić...

Niektórzy nazwaliby to szczęśliwym zakończeniem. Ciekawe jednak, co powiedzieliby na widok blizny na policzku matki ‒ pamiątki po pijanym wuju, który zapragnął sprawdzić na niej ostrość nowego sztyletu; albo pustego oczodołu, którego historii nigdy mi nie zdradziła. Ciekawe, jak zareagowaliby na fakt, że w ciągu trzydziestu dwóch lat swego pobytu w Sigil Anna Cavendish nigdy nie przekroczyła progu naszego domu ani nie ujrzała twarzy nikogo innego niż ojciec i ja. Nim podrosłem na tyle, by samodzielnie chodzić po zakupy, posłańcy przynosili nam żywność pod drzwi i odbierali zapłatę przez otwieraną klapkę. Matka nie była też w stanie spotykać się z nabywcami swych kompozycji. Jeden z przyjaciół ojca pełnił rolę jej agenta ‒ zabierał nuty i przekazywał honorarium przez zamknięte drzwi.

Matka lubiła się śmiać i opowiadać dowcipy. Była niezwykle uroczą osobą, ale… nawet ja nie mogłem zbytnio się do niej zbliżyć. Posyłaliśmy sobie mnóstwo pocałunków na odległość.

‒ Muszę cię uprzedzić ‒ powiedziałem, gdy w końcu skończył mi się zasób plotek. ‒ Nie będzie mnie przez kilka dni, może nawet cały tydzień.

‒ Powinieneś się cieszyć! ‒ uśmiechnęła się szeroko. ‒ Dama, którą poznałeś, musi być strasznie spragniona twojego towarzystwa.

‒ Mamo, nie chodzi o kobietę…

‒ A więc to mężczyzna? Mnie to nie przeszkadza. Jak wygląda?

‒ Dostałem… zlecenie. Muszę namalować obraz.

‒ Obraz… ‒ Mrugnęła do mnie z szelmowskim uśmiechem, jak gdyby wiedziała, że kłamię.

Momentami myślałem, że w zasadzie mam szczęście, że matka nie opuszcza domu. W przeciwnym razie co wieczór przyprowadzałaby mi nową towarzyszkę ‒ tak bardzo chciała, by ciągle otaczał mnie wianuszek adoratorek. Moje życie było dla niej poniekąd substytutem jej własnego. Miałem wszak szansę odnaleźć miłość, o jakiej sama marzyła: nie zwyrodniałe pożądanie księcia Urbina, nie szlachetną litość mojego ojca, lecz ‒ jak to ujęła w jednej ze swych piosenek ‒ „miłość, dzięki której wzrasta dusza, a słabe serca odnajdują siłę”.

‒ Muszę spakować kilka drobiazgów ‒ powiedziałem.

‒ Oczywiście ‒ odrzekła. ‒ Dżentelmen zawsze się zabezpiecza.

Pokręciłem głową ze śmiechem. Myśli mojej matki nader często podążały jednym torem.

‒ Załóż brązowy kaftan, kochanie ‒ zawołała za mną, gdy wchodziłem po schodach. ‒ I te czarne spodnie. Wyglądasz w nich tak przystojnie, że twoja ukochana zedrze je z ciebie zębami.

Kiedy wróciłem do Gmachu Rozrywki, miałem ze sobą rapier ojca oraz szkicownik na wypadek, gdyby w ciągu kolejnych kilku dni zdarzyły mi się chwile bezczynności. Tuż po wejściu pewien faktotum przekazał mi wiadomość od Lillian (każde słowo skreślone innym kolorem). Pisała, że Ezechiasz zatrzymał się w tawernie zwanej Zaklinaczką Nieba, położonej w Alei Kryształowej Rosy. Miejsce cieszyło się dobrą renomą ‒ było dość drogie, ale przynajmniej dawało gwarancję dobrego wypoczynku, bez obawy o życie i mienie. Pomyślałem, że będę musiał przy najbliższej okazji podziękować Lillian za dbałość o bezpieczeństwo chłopaka.

Gdy dotarłem do tawerny, Ezechiasz siedział przy stole w sąsiedztwie wysokiego jak komin Wielkiej Kuźni stosu naleśników po zewnętrzańsku. Przez moment obawiałem się, że pozostali goście mogą już wiedzieć o naszych przygodach; na szczęście cierpliwa kucharka smażąca naleśniki zwierzyła mi się, że chłopak bezustannie kłapał jadaczką na temat Lillian i Gmachu.

Przysiadłem się do niego, by poczekać, aż skończy śniadanie. Faktycznie wciąż był zaaferowany wydarzeniami poprzedniego wieczora. Co chwilę wspominał o Lillian; spytał też, czy tańczyłem kiedyś w komnatach Spaceru po Wielu Światach. Było to o tyle zabawne, że sam zaprojektowałem jedno z pomieszczeń Spaceru ‒ pokój przedstawiający Pelion, jedną z warstw Arborei. W ramach przygotowań do pracy spędziłem w Pelionie trzy miesiące, grzęznąc po kolana w bezkresie białego piasku i zastanawiając się, jak u licha mam zaprojektować romantyczną altankę inspirowaną taką pustynią. W końcu wystarczyło jednak kilka walących się ruin, sfinks, piramida i światło świec… Nie wspominając o zmyślnej sztuczce z napisem „PROSIMY ZDJĄĆ OBUWIE” przy wejściu ‒ taniec boso w miękkim piasku budzi w większości par pragnienie zniknięcia razem za najbliższą wydmą.

Ezechiasz zachwalał efekty mojej pracy jeszcze długo po tym, jak wyszliśmy z karczmy. Dzień był dżdżysty; z nieba padały drobne krople z rodzaju tych, których prawie się nie zauważa ‒ do czasu, aż jest się przemoczonym do suchej nitki. Większość przechodniów wokół nas taszczyła parasole, a na ich obliczach malowała się rosnąca irytacja. Tylko ja i inni mijani Czuciowcy specjalnie wystawialiśmy twarze na deszcz, rozkoszując się dotykiem kropli. W Stronnictwie szczególnym uznaniem cieszy się moment, gdy wielka, niezwykle zimna kropla spływa po tyle szyi, wywołując dreszcze… Wyglądało jednak na to, że nikt spoza naszej frakcji nie umiał docenić tego doświadczenia.

Choć miejsce, do którego zmierzaliśmy, znajdowało się prawie po przeciwnej stronie miasta, udało nam się skrócić podróż do niecałej godziny. Z pomocą przyszły nam nieprzebrane bogactwa Ezechiasza ‒ chłopak po prostu wynajął dla nas zaprzężoną w hipogryfy dwukółkę, w której przelecieliśmy na przeciwległy kraniec pierścienia. Raz wreszcie wykazał się rozsądkiem ‒ przez całą podróż obaj wystawialiśmy głowy z kabiny, chłepcząc brązowawą wodę i roznamiętniając się nad odległością, jaka dzieliła nas od ulic w dole. Za każdym razem, gdy któryś z nas krzyknął „patrz!”, hipogryfy wydawały z siebie przenikliwe, orle skrzeki, które mogły równie dobrze oznaczać „ciekawy widok, no nie?”, jak i „uciszcie się w końcu, skurlone trepy”. Z hipogryfami nigdy nie wiadomo.

Wylądowaliśmy nieopodal Placu Szmaciarzy, w cieniu złowieszczego celu naszej podróży ‒ sigilijskiej Kostnicy, głównej siedziby Grabarzy. Historycy utrzymują, że jeszcze pięćset lat temu Kostnica była po prostu wielką granitową kopułą w kształcie ula. Od tamtej pory Graby zdołały ją znacznie powiększyć, pokryć reliefami i otoczyć kręgiem wież oraz przybudówek. Obecnie szczyt budowli zdobiło stadko skrzydlatych gargulców, a po ścianach niezmordowanie wspinała się ostrorośl. Dodatkowo przechodniów straszyły monumentalne wrota, okolone freskami przedstawiającymi wszystkie bóstwa śmierci znane w Wieloświecie, oraz znajdujący się nad nimi gigantyczny witraż. Każda tafla szkła w tej wysokiej na dwa piętra i długiej na piętnaście metrów kompozycji nosiła nieco inny odcień czerni.

‒ Fantastyczne miejsce ‒ zachwycił się Ezechiasz. ‒ Nocą musi tu być naprawdę strasznie. Grabarze urządzają wycieczki po Kostnicy?

‒ Grabarze urządzają pogrzeby ‒ uciąłem rozmowę.

Choć do szczytu pozostało jeszcze trochę czasu, przed bramą budowli zgromadziło się kilka grup żałobników. Kolejka sugerowała, że wszystkie komnaty ceremonialne były aktualnie zajęte. Zastanawiałem się, ilu spośród zmarłych udających się dziś w ostatnią podróż stanowiły ofiary zamachu w sądzie. Nie miałem szans się tego dowiedzieć ‒ zwłoki wprost z ulicy zabierano do wnętrza gmachu, przygotowywano zgodnie z życzeniami najbliższych, odprawiano nad nimi odpowiednie obrzędy, po czym rozsyłano je przez portale do najróżniejszych zakątków Wieloświata. W zależności od poglądów, jakie truposz wyznawał za życia, mógł trafić do piekieł, niebios lub po prostu na Plan Żywiołu Ognia w celu natychmiastowej kremacji.

‒ Wybacz, czcigodny panie ‒ odezwał się nagle ktoś za mną. ‒ Czy mam przyjemność rozmawiać z Britlinem Cavendishem?

Odwróciłem się i ujrzałem gnoma o ziemistej cerze, ubranego w bezkształtne szare szaty, uszyte zapewne z myślą o niskim człowieku. Gnom mierzył zaledwie około metra, więc ubranie układało się na nim w grube fałdy, a gdy mi się pokłonił, jego głowa znalazła się w pobliżu moich kostek. Na kołnierzu jego szaty dostrzegłem malutki haft ‒ żółto-pomarańczową czaszkę Grabarzy.

‒ Zgadza się ‒ odrzekłem. ‒ To ja. A to mój… To Ezechiasz Virtue.

‒ To dla mnie zaszczyt ‒ powiedział gnom, ujmując rękę Ezechiasza w obie dłonie i raz po raz nią potrząsając. ‒ Jestem Wheezle, a przynajmniej tak wszyscy mnie nazywają. Może i miałem kiedyś inne imię, ale dawno je zapomniałem.

Zaśmiał się cicho, jak gdyby ostatnie zdanie było żartem. Uśmiechnąłem się z czystej uprzejmości, ale od razu go przejrzałem. Sigilijskie gnomy przywiązują do imion kolosalną wręcz wagę, a większość uwielbia się przedstawiać, wymieniając przy tym wszystkie gałęzie drzewa genealogicznego, wraz z masą niezrozumiałych tytułów („Mistrz Quando Spurrit Vellosheen Legrunner, pierworodny syn Przywódcy Jance’a Vellosheena Spurrita Legrunnera, niegdyś członka Zakonu Vole, niedawno przyjętego do Domu Licznych Baniek”). Gnom, który podaje tylko przydomek, jest albo przestępcą ukrywającym prawdziwą tożsamość, albo magiem, który z obawy o swe moce woli nie wymawiać własnego imienia.

‒ Możemy w czymś pomóc, panie Wheezle? ‒ spytałem.

‒ Ależ czcigodny panie Cavendish, to ja pragnę zadać to pytanie ‒ odrzekł. ‒ Moi przełożeni polecili mi zadbać o wasze bezpieczeństwo i odprowadzić was… w pewne miejsce.

‒ Miejsce, z którego będziemy mieć dobry widok na wejście do Kostnicy?

‒ W istocie. Pozwólcie za mną, w tamtą stronę. ‒ Wskazał głową w kierunku budynku po drugiej stronie ulicy. Właściwie słowo „budynek” było w tym przypadku nie na miejscu ‒ mieliśmy przed sobą rozpadającą się drewnianą konstrukcję, wyglądającą na dzieło nieudolnego studenta sztuki, któremu przydałyby się lekcje stolarstwa. Wielopiętrowa buda trzymała się w ryzach dzięki wsparciu otaczających ją kamienic, których stan wcale nie był lepszy, oraz dzięki szczelnie pokrywającemu jej front kołnierzowi kolczastej ostrorośli.

‒ Mamy tam wejść? ‒ spytałem.

‒ To doskonała miejscówka ‒ odrzekł Wheezle. ‒ Z siódmego piętra widać całą Kostnicę, łącznie z wejściem i częścią ulicy na tyłach. W dodatku nikt tu obecnie nie mieszka.

‒ Kto chciałby mieszkać w budynku grożącym zawaleniem?

‒ Faktol Skall dopilnował, by sprawdzono trwałość konstrukcji ‒ powiedział gnom. ‒ Nic panom nie grozi, przynajmniej przez najbliższe dni.

‒ Mnie tam się podoba ‒ wtrącił Ezechiasz. ‒ Zobaczysz, Britlin, zabawa będzie przednia.

Bez przekonania podążyłem za nim w stronę budynku. Nawet jeśli konstrukcja była trwała, jej główny budulec stanowiło bardzo stare drewno. Gdyby naszym znajomym piromanom przyszło na myśl posłać nam ognistą kulę, całość zajęłaby się ogniem szybciej niż słomiana strzecha. Pozostawała mi nadzieja, że przedłużająca się mżawka skutecznie namoczy drewno.

Wnętrze budynku podzielono według prostego schematu ‒ na każdym piętrze znajdowały się dwie izby rozdzielone klatką schodową. Sądząc po zapachu, w każdym z pomieszczeń mieszkało niegdyś co najmniej pięć kotów o słabych pęcherzach. Wejścia do izb na parterze nie posiadały drzwi, podobnie i okna straszyły pustymi ramami. Deszcz sączył się do środka i zbierał w zagłębieniach krzywej podłogi. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi poczułem, że w istocie chcę tu spędzić kilka dni; nigdy wcześniej nie przebywałem w takiej ruderze. Przy odrobinie szczęścia mogłem tu spotkać szczury.

Schody skrzypiały złowieszczo, gdy wspinaliśmy się na wyższe piętra. Wheezle starał się ukazać nam jasne strony sytuacji:

‒ Jak widzicie, drodzy panowie, nie musimy się obawiać, że wróg niepostrzeżenie zakradnie się na górę.

‒ My? ‒ spytałem. ‒ Zostaje pan z nami?

‒ Faktol Skall uznał za stosowne, by towarzyszył wam ktoś z naszej frakcji ‒ odrzekł gnom. ‒ Na wypadek, gdybyście mieli pytania związane z naszym życiem. ‒ Oznaczało to, że faktol Skall chciał mieć w naszej grupie wtyczkę, która będzie nas szpiegować i donosić mu o wszelkich niepożądanych zachowaniach. Bez wątpienia pozostali faktole zadbali o to samo.

Wspinaliśmy się na najwyższe piętro budynku, rozrywając po drodze zasłony pajęczyn. Schody drżały nam pod stopami. Starałem się stąpać innym rytmem niż Ezechiasz i Wheezle ‒ gdybyśmy maszerowali jak wojsko, budynek niechybnie by się zawalił. Na domiar złego ostatni odcinek schodów był śliski od wody cieknącej do wnętrza domu przez dziesiątki dziur. Choć z siódmego piętra roztaczał się najlepszy widok na Kostnicę, przeczuwałem, że reszta grupy zdecyduje się zejść nieco niżej, byle tylko uniknąć przemoczenia.

Kiedy jednak dotarliśmy na szczyt budynku, okazało się, że czeka już tam na nas kolejny członek drużyny. Sędzia Oonah DeVail, którą mieliśmy zaszczyt poznać w gmachu Sądu, zdawała się w ogóle nie przejmować nieszczelnym dachem. Przyniosła ze sobą rozkładane krzesełko i zajęła stanowisko w pobliżu okna, skąd rozciągał się dobry widok na ulicę. Jej okuta w srebrne sploty laska stała oparta o ścianę.

‒ Piękny poranek, prawda? ‒ zwróciła się do nas. Siedziała w miejscu, gdzie nie docierały strugi deszczu, ale jej oliwkowy kapelusz i tak był przemoczony. ‒ Jak się dziś miewacie?

‒ Całkiem dobrze, Ekscelencjo ‒ odrzekłem i pokłoniłem się.

‒ Do licha z tytułami ‒ skrzywiła się. ‒ Mam chwilę wytchnienia od sądowej ławy; zwracajcie się do mnie po prostu „Oonah”.

‒ Ezechiasz Virtue ‒ rzekł mój towarzysz, wyrywając się do przodu i wyciągając dłoń. Tam, skąd pochodził, podawanie rąk było bez wątpienia szalenie ważnym rytuałem. Na szczęście sędzia z uśmiechem odwzajemniła gest.

‒ Słyszałam, że uratowaliście wczoraj bibliotekę. No tak, co to dla was!

Starałem się zachować skromny wyraz twarzy. Ezechiasz lekko się zaczerwienił.

‒ Wybaczcie mi, czcigodni państwo ‒ odezwał się Wheezle ‒ ale muszę wrócić na dół i poczekać na pozostałych gości. Życzę wam pogodnej śmierci. ‒ Skłonił się w pas i opuścił pokój.

Zrozumiałem, że to być może nasz jedyny moment sam na sam z sędzią. Musiałem zadać jej ważne pytanie.

‒ Pani Guwernatko ‒ zacząłem, ale szybko się poprawiłem. ‒ Oonah… Czy udało się pani dociec, co złodzieje wynieśli z pani gabinetu?

‒ Tak i nie ‒ odrzekła ściszonym głosem. ‒ Zabrali zwój stworzony jakieś czterdzieści lat temu przez moją matkę. Felice była podróżniczką z prawdziwego zdarzenia, ja sama nie dorastam jej do pięt… Zwiedziła wszystkie Sfery Zewnętrzne ‒ każde niebo, każde piekło. Zahaczyła też o plany żywiołów i ponad tuzin światów w Pierwszej. Wieloświat nie wydał nigdy większej obieżysferki niż moja matka.

Mogłem w tym momencie zaprotestować i udowodnić, że mój ojciec miał na koncie równie śmiałe wyczyny, ale nie chciałem wyjść na żałosnego synalka chowającego się za dokonaniami rodzica. Przez myśl przemknęło mi, że Niles i Felice mogli się kiedyś spotkać albo nawet przez jakiś czas razem podróżować.

‒ Matka zmarła rok temu ‒ ciągnęła DeVail. ‒ Zostawiła mi swoje pamiętniki. Prawdziwa skarbnica wiedzy o Wieloświecie. Zaczęłam się przekopywać przez zwoje, ale pech chciał, że nie zdążyłam obejrzeć tego, który zabrali złodzieje. Nie mam pojęcia, czego dotyczył.

‒ Złodzieje wspomnieli coś o pyle ‒ wtrącił Ezechiasz. DeVail wzruszyła ramionami.

‒ Jeśli ma się właściwy klucz, można odwiedzić nawet całą sferę złożoną wyłącznie z pyłu. Mówię o Planie Pseudożywiołu Pyłu ‒ nieskończonym morzu piachu, gdzie nie znajdziesz ani kropli wody, ani kawałka stałego lądu… Do tego w atmosferze nie ma powietrza, więc powierzchni nigdy nie mąci wiatr. W dodatku pył jest wiecznie głodny. Jeśli zostawisz w nim zbroję, pożre ją w ciągu jednego dnia. Nigdy nie byłam w tej sferze, ale moja matka raz ją odwiedziła. W ogóle jej się nie podobało.

‒ Nie wspominała nigdy, co tam odkryła? ‒ zapytałem. ‒ Złodzieje mówili, że sporządziła mapę. Może znalazła jakiś skarb?

‒ Naprawdę nie wiem ‒ odrzekła Oonah. ‒ Niechętnie rozmawiała o swoich podróżach… W ogóle nie była zbyt rozmowna. Łatwiej byłoby ją namówić na spływ Styksem niż na poobiednią pogawędkę, nawet gdy była wśród bliskich przyjaciół. Gdy tylko wracała z wojaży, zmieniała się w skończoną samotniczkę.

Pomyślałem sobie, że nawet jeśli Felice DeVail nie rozmawiała z córką, z pewnością komuś musiała się zwierzać… W przeciwnym razie skąd złodzieje wiedzieliby, że zwój miał jakąś szczególną wartość? Możliwe też, że sama Oonah poruszała temat matki w miejscach, gdzie jej słowa mogły dotrzeć do niepowołanych uszu. Zanim jednak zdążyłem zapytać sędzię o osoby, które wiedziały o istnieniu pamiętników, na klatce schodowej rozległo się głośne skrzypienie.

‒ Nadchodzi reszta towarzystwa ‒ powiedziała Guwernatka.

Ezechiasz niczym szczeniaczek rzucił się do wejścia, by wyjrzeć na schody. Chwilę później wrócił.

‒ Wheezle przyprowadził kolejną dwójkę ‒ wyszeptał. ‒ Jedno jest diabelstwem.

Zerknąłem na Oonę. Wzruszyła ramionami i spojrzała w stronę schodów. Byłem pewien, że podobnie jak ja znała kilkoro diabelstw odstających od stereotypu socjopatycznego zbira; nie dało się jednak ukryć, że większość z nich wprost ociekała jadem i słabo skrywaną wrogością wobec całego Wieloświata. Czuli się pogardzani i robili wszystko, by w dwójnasób tę rzekomą pogardę odwzajemnić.

Nie rozumiałem, skąd brało się to podejście. Po prostu wyglądali nieco inaczej niż ludzie. Różnice nie były nawet bardzo widoczne ‒ mogli mieć lekko kocie oczy, chwytne ogony, zielonkawe włosy, czasem małe różki… Niektórzy upatrywali przyczyny tych odchyleń w domieszce demoniej krwi; inni twierdzili, że były one konsekwencją życia w bezkresie Wieloświata. Pierwszakom przybyłym do Sfer Zewnętrznych często rodziły się dzieci o niecodziennym wyglądzie, i cóż z tego? Sferotknięci nie mieli moim zdaniem żadnych powodów do wstydu… a jednak od zawsze czynili ze swej odmienności kość niezgody.

Weźmy na przykład młodą kobietę, która przyszła do nas z Wheezle’em. Jej przedramiona pokrywały wyrostki przypominające gadzie grzebienie, a mimo to była niesamowicie atrakcyjna. Biel wystających kostek kontrastowała z karmelowym odcieniem jej skóry ‒ ktoś o mniej bystrym oku mógłby uznać, że ma na rękach ozdobne karwasze. Chętnie zaprosiłbym tak zgrabną, kształtną damę do pozowania w moim studiu; wystarczyło mi jednak jedno spojrzenie na jej twarz, by zrozumieć, że nigdy nie zgodziłaby się zostać moją modelką. Najpewniej za samą sugestię skończyłbym z mieczem między żebrami.

Wydawało się, że kobieta tylko czeka, aż ktoś zacznie ubliżać jej rasie. Jej ręka spoczywała na głowni miecza skrytego w pochwie z najprawdziwszej smoczej skóry, na której wytłoczono rogatą czaszkę ‒ symbol Straży Zagłady, frakcji, którą szczególnie upodobały sobie diabelstwa. Jej członkowie hołdowali zasadzie „nie zmieniaj naturalnego biegu wydarzeń”, a dokładniej ‒ wykazywali dziwną fascynację entropią i mieli nadzieję, że dni Wieloświata są policzone. Sprzeciwiali się przy tym jakimkolwiek próbom ingerencji w stopniowy rozpad wszelkiej materii, zarówno poprzez jego spowalnianie, jak i przyśpieszanie. Jeśli się nad tym zastanowić, nie było wcale dziwne, że to właśnie diabelstwa tak chętnie dołączały do grupy głoszącej filozofię „nie wtrącaj się”.

‒ Witajcie ponownie, czcigodni państwo ‒ odezwał się Wheezle, prowadząc ku nam nowo przybyłych. ‒ Pozwólcie, że przedstawię wam panią Yasmin Asparm ze Straży Zagłady i Brata Nowicjusza Kiripao z Rzędu Niedoścignionych.

Jeśli diabliczkę Yasmin mógłbym przyrównać do kuli ognia, która zaraz eksploduje, Brat Kiripao był niczym pokryta śniegiem góra, po zboczu której za chwilę stoczy się lawina. Był elfem w bliżej nieokreślonym wieku i poruszał się z pełną spokoju gracją, wyjątkową nawet dla kogoś z jego rasy. Jego zielone oczy jaśniały żywiołowo, głowę miał świeżo ogoloną, a gdy pokłonił się w geście powitania, na jego twarzy gościł łagodny uśmiech. Nie muszę dodawać, że onieśmielał mnie o wiele bardziej niż Yasmin. Istnieje taki gatunek mnichów, po których od razu widać, że mogliby w okamgnieniu rozłożyć każdego na łopatki, prowadząc jednocześnie dyskusję o zawiłościach sztuki układania kwiatów. Brat Kiripao był w dodatku uzbrojony ‒ nosił za pasem lśniące czarne nunczako, którego widok wcale mnie nie uspokajał.

Najgorsza była jednak świadomość tego, do jakiej frakcji należał. Rząd Niedoścignionych, którego członków zwano często Szyframi, zarzucał ludziom, że za dużo myślą. Głosił, że jeśli przestaniemy przepełniać sobie głowy ideami, dostroimy się do wiecznej harmonii Wieloświata. Na pewnym abstrakcyjnym poziomie byłem nawet skłonny zgodzić się z tą filozofią, jednak w rzeczywistości często sprowadzała się ona do tego, że Niedoścignieni działali bez zastanowienia. Ich nauki przekonywały, że tylko w ten sposób nigdy nie popełnią błędu. Mieli niezwykle dobrze wykształcony refleks ‒ osobnicy pokroju Brata Kiripao bywali niezastąpieni w sytuacjach, gdy brakowało czasu na układanie strategii, ale z drugiej strony z rezerwą podchodzili do planowania taktyki czy negocjacji. Ufali tylko działaniu pod wpływem chwili.

Porywcze diabelstwo i spokojny elficki mnich, który w każdej chwili mógł się zmienić w wirującego derwisza… Czułem, że najbliższe trzy dni nie będą należały do łatwych.

Przez całe popołudnie przy Kostnicy zbierały się kolejne procesje pogrzebowe. Wheezle i ja usadowiliśmy się przy oknie na czwartym piętrze, by mieć je na oku. Znajdowaliśmy się dość wysoko, by mieć dobry widok na całą ulicę, a jednocześnie wystarczająco nisko, by rozróżniać poszczególne twarze. Brat Kiripao i Ezechiasz zgłosili się na ochotników do moknięcia na siódmym piętrze; mieli obserwować tylną bramę, przednią pozostawiając nam.

Ostatnia para, Yasmin i Oonah, udała się na odpoczynek do innej części budynku… Zapewne do osobnych pokojów. Guwernaci i Tonący podchodzili do siebie z rezerwą. Pierwsi poświęcali swe dni poszukiwaniu reguł rządzących Wieloświatem, a życiowy sukces mierzyli liczbą odkrytych praw. Drudzy zaś uznawali jedynie Prawo Entropii, kpiąc z każdego, kto wierzył, że cokolwiek innego ma jakieś znaczenie. Jedno prawo kontra morze praw ‒ oto konflikt, z powodu którego nieraz dochodziło do niezłego zamieszania. I pomyśleć, że był to jeden z łagodniejszych przykładów międzyfrakcyjnych napięć, które kładły się cieniem na życiu miasta.

Na szczęście członkowie poszczególnych frakcji nie zawsze okazywali sobie wrogość, nawet jeśli wyznawane przez nich poglądy bardzo się różniły. Wheezle i ja ‒ Grabarz i Czuciowiec ‒ doskonale czuliśmy się w swoim towarzystwie, oglądając razem kolejne pogrzeby. Gnom był chodzącą skarbnicą wiedzy o związanych z pochówkiem tradycjach całego Wieloświata i ochoczo wyjaśniał mi zachowanie każdej grupy żałobników zmierzającej w stronę Kostnicy. W owej chwili na przykład…

‒ Cóż za szczęśliwy przypadek, czcigodny panie Cavendish! Kolejna grupa to orkowie z pewnego świata w Pierwszej, którego nazwy nie jestem niestety w stanie wymówić... Ich pogrzeby zawsze są szczególnie urokliwe. Mają w zwyczaju budować trumny o kształtach, które miały dla zmarłego szczególne znaczenie. Raczy pan zauważyć, że ci tutaj żałobnicy niosą trumnę wyrzeźbioną na podobieństwo wielkiego różowego pstrąga. Na jego pyszczku maluje się przekorny uśmiech… Musi być naprawdę szczęśliwy.

‒ Czy to znaczy, że orkowie czczą pstrągi? ‒ spytałem.

‒ Ależ nie ‒ odrzekł Wheezle. ‒ Po prostu gustują w jasnych, efektownych trumnach. Życie ich nie rozpieszcza, nawet tu, gdzie niby panuje prawo „żyj i pozwól żyć”. Nawet w Sigil orkowie rzadko doświadczają za życia choćby odrobiny komfortu. Dlatego też zwykli budować dla siebie trumny na długo przed śmiercią i nadawać im najdziwniejsze kształty ‒ czasem śmieszne, czasem lubieżne, innym razem po prostu ekstrawaganckie. Zamykają w tych trumnach swoje skryte marzenia, które za życia pomagały im przetrwać w nieprzyjaznym świecie. Kto wie, może ten zmarły ork podpatrywał kiedyś bogacza zajadającego się pstrągami i marzył o podobnych luksusach? Albo po prostu pragnął móc pewnego dnia usiąść spokojnie nad brzegiem rzeki i łowić ryby? Nigdy się tego nie dowiemy. Wybrał symbol pstrąga z sobie tylko znanych przyczyn i pewnie nieraz siadywał przy swej trumnie, pocieszając się myślą, że chociaż jego śmierć będzie miała radosne oblicze.

Gadanina Wheezle’a pozwalała mi spojrzeć na jego poglądy z nieco innej perspektywy i dostrzec w filozofii Grabarzy pozytywne aspekty. Zwykle o Prochach myśli się jako o bandzie ponurych dziwaków głoszących, że jedynie śmierć stanowi prawdziwe oczyszczenie i że powinniśmy za wszelką cenę dążyć do tego stanu. W zasadzie posuwają się nawet do stwierdzenia, że wszyscy już za życia jesteśmy martwi, a cały Wieloświat to jedynie pośmiertne odbicie innego, lepszego wymiaru egzystencji. Idąc dalej tym tropem, wszyscy powinniśmy pogodzić się z własną śmiercią i dokończyć bolesne dzieło przejścia między radością życia a spokojem niebytu. Odrzucanie tej prawdy i sztuczne przedłużanie wegetacji podobno tylko przysparza nam niepotrzebnego bólu.

Jak nietrudno się domyślić, filozofia Grabarzy kiepsko komponuje się z poglądami Stronnictwa Doznań. My w końcu z dumą wyznajemy miłość do życia ‒ zarówno do jego przyjemnych, jak i bolesnych stron. Większość Czuciowców prędzej czy później co najmniej raz popełnia samobójstwo, żeby przekonać się, jakie doznania towarzyszą śmierci. Oczywiste jest dla nas jednak, że przed takim wyczynem należy zapewnić sobie usługi zdolnego kapłana, który przywróci nas do życia, gdy tylko nacieszymy się nowym doświadczeniem. Mimo to słuchanie, z jaką czułością Wheezle wypowiadał się na temat śmierci, miało dla mnie pewne walory. Nie podzielałem wprawdzie jego entuzjazmu, ale zawsze ciepło myślałem o osobach, którym udało się znaleźć w życiu prawdziwą miłość.

Wraz z nadejściem nocy deszcz znacznie osłabł. Ostatni żałobnicy zniknęli we wnętrzu budynku, by po kilku minutach opuścić go i pośpieszyć tam, skąd przybyli. Nie zapominajmy, że Kostnica znajdowała się w Ulu, a przebywanie w dzielnicy biedoty w godzinach nocnych nie było rozsądnym pomysłem. Był to czas, gdy z głębokich cieni na uliczki wylewali się wszelkiej maści złodzieje; a na nich samych czyhały byty spod jeszcze ciemniejszych gwiazd. Sigil było bowiem miejscem, w którym mrok miał wiele odcieni.

Kolejną istotą, która opuściła Kostnicę, był humanoid o oczach, które żarzyły się niczym przygasające węgielki. W jednej łapie ściskał płócienny worek, druga zaś, uzbrojona w ostre jak brzytwa szpony, zwisała luźno wzdłuż jego tułowia. Nawet z takiej odległości czułem smród rozkładającego się ciała.

‒ Upiór kurhanu ‒ szepnąłem do Wheezle’a i po cichu dobyłem rapiera. ‒ Wysysa z ofiar życie. Założę się, że to część podstępu. Złodzieje wnieśli go na teren Kostnicy, udając, że to zwykłe zwłoki. Potem, gdy nikt już nie patrzył, sztywny wylazł z trumny i napełnił tę sakwę skarbami z pańskiej frakcji.

‒ Ależ czcigodny panie. ‒ Wheezle położył dłoń na moim mieczu i delikatnie popchnął ostrze ku ziemi. ‒ Nie mógłbym przyjąć tego zakładu z czystym sumieniem. Upiór nie ma w sakwie skradzionych skarbów, a jedynie naszą kolację. ‒ Wyjrzał przez okno i pomachał umarlakowi. ‒ Tu jesteśmy, Eustachy ‒ zawołał delikatnie. ‒ Pośpiesz się, bo wystygnie.

Upiór, który sam z pewnością był całkiem zimny, skrzywił się i syknął nieprzyjemnie. Wheezle zszedł na parter, by odebrać od niego posiłek.

Nasz późny obiad spożywaliśmy we względnej ciemności ‒ zapalenie choćby jednej świecy mogłoby zdradzić nasze położenie. Ezechiasz i ja jedliśmy przy oknie, nie spuszczając z oka przedniej bramy Kostnicy.

‒ Brat Kiripao uczy mnie, jak się bić ‒ szepnął do mnie chłopak, a następnie zaprezentował mi kilka spazmatycznych ciosów, niebezpiecznie zbliżając pięści do mojego nosa. ‒ Nieźle jak na początek, prawda?

‒ Usztywnij nadgarstki ‒ mruknąłem. Jeden z przyjaciół mojego ojca wyznawał zasadę, że każdy dobrze urodzony dżentelmen powinien mieć pojęcie o „męskich sportach”, w związku z czym przez kilka miesięcy dawał mi lekcje boksu. Podejrzewałem jednak, że Brat Kiripao zasady sportowego zachowania miał w głębokim poważaniu.

‒ Opowiadał mi też o Rzędzie Niedoścignionych ‒ ciągnął Ezechiasz. ‒ Najważniejsze to opróżnić umysł z myśli.

‒ Myślę, że świetnie byś się wśród nich odnalazł.

‒ Nie sądzę ‒ odparł chłopak. ‒ Całą głowę mam zapchaną rzeczami, które muszę pamiętać. Sztuczkami, których nauczył mnie wujek Toby, i tak dalej.

‒ Jakże by inaczej ‒ westchnąłem. ‒ Stary dobry wujek Toby.

‒ Zanim trafiłem do Sigil ‒ kontynuował szeptem ‒ myślałem, że na całym świecie tylko ja i wujek Toby mamy specjalne zdolności. Wszyscy inni byli tacy nudni. Ale tutaj… Wystarczy się rozejrzeć. Oonah ma swoją laskę, Wheezle jest iluzjonistą, Yasmin i Brat Kiripao oboje znają się na magii kapłańskiej...

‒ Skąd to wszystko wiesz? ‒ przerwałem mu. Spojrzał na mnie, jak gdyby nie rozumiał pytania.

‒ Podpytałem ‒ odpowiedział w końcu. Przeniosłem niespokojne spojrzenie na czwórkę pozostałych towarzyszy, którzy w milczeniu spożywali kolację. Wszyscy czworo parali się magią? Z drugiej strony, czego innego miałbym się spodziewać? Zostali wybrani przez samych faktolów; nie mogli być pierwszymi lepszymi trepami z ulicy. Czemu więc Lady Erin wybrała mnie? Nie byłem magiem ani kapłanem. Fakt, całkiem dobrze radziłem sobie z rapierem, ale tak naprawdę wyróżniało mnie tylko to, że widziałem złodziei i być może potrafiłbym ich rozpoznać.

Może powinienem po prostu naszkicować gęby tych zbirów, przekazać portrety pamięciowe towarzyszom i pójść sobie do domu. Nie byłem im wcale potrzebny ‒ wyglądało na to, że nawet Ezechiasz krył więcej asów w rękawie niż ja. Choć, muszę przyznać, miałem nad nimi wszystkimi jedną przewagę: byłem zupełnie zdrowy na umyśle. Gniewna Yasmin, spokojniutki Kiripao, tępawy Ezechiasz, rozmiłowany w śmierci Wheezle… Nawet Guwernatka Oonah nie miała do końca równo pod kopułą ‒ zauważyłem to już wówczas, gdy bez zastanowienia rzuciła się na trzech miotających kulami ognia zabójców. Gdybym pozostawił tę piątkę bez opieki, kto wie, jaką katastrofą mogło się to wszystko skończyć...

Mimo to wizja biednego, przyziemnego Britlina otoczonego przez bandę władających magią bzików działała mi na nerwy.

‒ Teraz moja kolej na sen ‒ ogłosiłem, odchodząc od okna. ‒ Obudźcie mnie przy następnej zmianie warty. ‒ Nie czekając na reakcję towarzyszy, zszedłem po skrzypiących schodach na piąte piętro, rozłożyłem śpiwór i położyłem się z nadzieją na rychłe zaśnięcie.

Wczesnym rankiem zbudziła mnie Yasmin. Stała nade mną i raz po raz trącała mnie stopą w żebra.

‒ Dobra, dobra, nie śpię ‒ burknąłem poirytowany.

‒ Mamy razem wartę na ostatnim piętrze ‒ powiedziała. ‒ Do zobaczenia. ‒ Wychodząc, zatrzymała się w drzwiach i zwróciła się z powrotem w moim kierunku. ‒ We śnie wyglądasz tak niewinnie. I wydajesz takie ciche odgłosy...

Schody skrzypiały niemiłosiernie, gdy po nich wbiegała. Myślę, że przeskakiwała co drugi stopień.

Nie muszę wspominać, że w drodze na najwyższe piętro zastanawiałem się, co mnie czeka. Gdy wszedłem do pokoju, Yasmin spojrzała na mnie przelotnie. Jej twarz była lekko zaczerwieniona, ale nie wiedziałem, czy był to rumieniec, czy po prostu zmęczyła się, wbiegając po schodach. Szybko odwróciła się z powrotem do okna.

‒ Widzisz coś ciekawego? ‒ spytałem.

Pokręciła głową, nie odrywając wzroku od ulicy. Jakkolwiek wyglądało „nic ciekawego”, dla Yasmin musiało być bardzo zajmujące.

Wzruszyłem ramionami i udałem się w kąt pokoju, gdzie uzbierała się spora kałuża deszczówki. Wgłębienia w drewnianej podłodze sprawiły, że gdzieniegdzie miała z pięć centymetrów głębokości. Kucnąłem, zmoczyłem ręce i ostrożnie obmyłem sobie twarz. Woda pachniała błotem i kurzem. Unosiły się w niej drobne nitki ‒ pozostałość po dywanie, który zdobił niegdyś podłogę, lub sierść szczurów gniazdujących w budynku.

Pochyliłem się jeszcze niżej i wychłeptałem kilka łyków wprost z kałuży, by przekonać się, czy woda smakowała szczurami, dywanem, czy jeszcze czymś innym. Wychwyciłem tylko mdły pył z delikatnym posmakiem dymu. Mógł pochodzić ze swojskich sigilijskich kominów, ale kto wie… może miałem w ustach pozostałości po pożarze, który na początku tygodnia przetoczył się przez Ul?

‒ Wydaje mi się, czy właśnie zlizujesz brud z podłogi? ‒ dobiegł mnie spod okna głos Yasmin.

‒ Spróbowałem tylko deszczówki ‒ odparłem ‒ ale jeśli uważasz, że podłoga może mnie czymś zaskoczyć, to też zaraz skosztuję.

‒ Czuciowcy ‒ syknęła diabliczka. Skoro już o tym wspomniała, nie mogłem sobie odmówić polizania drewnianych desek. Nie spotkała mnie jednak żadna niespodzianka ‒ ot, zwykły lakierowany cedr. Próbowałem już lepszych.

W miarę, jak przybywało światła, na ulicach pod nami robiło się coraz ludniej. Znajdowaliśmy się na najwyższym piętrze, więc naszym zadaniem była obserwacja tego, co działo się w oddali za kopułą Kostnicy (niższej od naszej rudery o cztery kondygnacje) i przy jej tylnej bramie. Samej bramy rzecz jasna nie widzieliśmy ‒ zasłaniała ją kopuła ‒ ale mieliśmy dobry widok na prowadzącą do niej uliczkę. Często można było na niej zauważyć brudnych, obdartych Zbieraczy, zwożących do Kostnicy zwłoki trepów, którzy o przeciwszczycie dali się wpisać do księgi umarłych. Wieźli na taczkach starych żuli, którzy udławili się wymiocinami, młodych krwawników, którzy wszczęli o jedną bójkę za dużo, świeżo wyplutych Pierwszaków, co zbłądzili w ciemną uliczkę… Witajcie w Sigil, straceńcy.

Dla zabicia czasu wyciągnąłem szkicownik. Nakreśliłem węgielkiem kilka kształtów, po czym go odłożyłem.

‒ Co narysowałeś? ‒ zapytała Yasmin.

‒ Nic ‒ odpowiedziałem i na poparcie swych słów pokazałem jej zabazgraną stronę. ‒ Przez moment miałem ochotę naszkicować miejski pejzażyk ‒ Kostnicę, kolejkę Zbieraczy przemycających zwłoki przez tylną bramę... Ale się rozmyśliłem.

‒ Czemu?

‒ Nikt nie lubi dobijających obrazów.

‒ Ja lubię ‒ rzekła Yasmin.

‒ No tak ‒ przyznałem. ‒ Jakoś mnie to nie dziwi. Ty, cała reszta Straży Zagłady, Grabarze, Loża Ponurych… Pewnie jeszcze kilka innych frakcji. Problem w tym, że moi klienci nie należą do żadnej z nich. Moi klienci nie lubią dobijających obrazów ‒ nie chcieliby ich oglądać w moim studiu i nie chcieliby mieć świadomości, że rozprowadzam takie obrazy wśród… innych środowisk.

‒ Innymi słowy ‒ posłała mi szyderczy uśmieszek ‒ nie wolno ci rysować tego, co byś chciał, bo mogłoby się to nie spodobać jakimś dzianym bucom.

‒ Nie obchodzi mnie, co im się podoba ‒ odrzekłem. ‒ Ale ilekroć biorę do ręki węgiel albo pędzel, staję przed wyborem: stworzyć coś, na czym będę mógł zarobić, albo zmarnować czas. Muszę myśleć praktycznie.

Może powinienem zamiast tego powiedzieć „muszę myśleć o matce”. Utrzymanie posiadłości Cavendishów nie było tanie, a przeprowadzka mogłaby się bardzo źle odbić na zdrowiu mamy. Rzecz jasna nie byłem gotowy rozmawiać o sprawach rodzinnych z zupełnie obcą osobą. Jeśli Yasmin chciała mnie mieć za chciwego najemnika, jej sprawa.

Diabliczka ponownie wyjrzała przez okno, a następnie sięgnęła do kieszeni swego obcisłego wdzianka ze smoczej skóry. Po chwili rzuciła mi wyszczerbioną złotą monetę.

‒ Masz ‒ powiedziała. ‒ Specjalne zlecenie. Narysuj, na co tylko masz ochotę, jak tylko chcesz. Obiecuję, że nie doniosę twoim cennym klientom, że pracowałeś dla diabelstwa ze Straży Zagłady.

Przez kilka chwil obracałem monetę w dłoni, czując jej ciepło ‒ ciepło ciała Yasmin. Potem podniosłem szkicownik, przewróciłem kartę i zacząłem kreślić kontury jej twarzy. Wysokie czoło, mocna szczęka, wyraźnie zarysowane kości policzkowe… Miała zadatki na wspaniałą modelkę, jak już wcześniej podejrzewałem. Szkicowałem jej oczy, gdy w końcu zerknęła na kartę i zdała sobie sprawę, co na niej uwieczniam.

‒ Mogę wiedzieć, co robisz? ‒ syknęła.

‒ Rysuję to, na co mam ochotę. Przestań kręcić głową i pozuj. Wiesz, że poważnie podchodzę do zleceń.

Jak wiele debiutujących modelek, z początku była wyraźnie skrępowana i sztuczna, a potem zaczęła się buntować. Co kilka minut groziła, że sobie pójdzie, ale w końcu niechętnie pogodziła się z sytuacją. Minęło jeszcze sporo czasu, zanim zupełnie zapomniała o mojej obecności i przestała przybierać wydumane miny. Wtedy odwróciłem kartę szkicownika i naprawdę zabrałem się do dzieła. Tak oto minął nam dzień.

Trzeciego dnia o poranku grupa Zbieraczy przywlokła pod bramę Kostnicy sztywniejącego olbrzyma.

Oonah i Wheezle pełnili wartę na czwartym piętrze, a Yasmin z Ezechiaszem siedzieli na poddaszu. Całe szczęście, że nie musiałem znowu dzielić pokoju z kaduczkiem ‒ gdy poprzedniego dnia pokazałem jej gotowy rysunek, bardzo się zmieszała. Chyba zaskoczyło ją jej własne piękno, które tak dobrze udało mi się uchwycić. Naszkicowałem ją w pozie zadumy, z podbródkiem opartym na pięści, a centralną część kompozycji pełniła falista linia wyrostków na jej przedramieniu. Rzecz jasna ani przez chwilę nie pozowała mi w takiej pozycji, ale aż sam się zdziwiłem, jak wiele naturalności i prawdy było w tym portrecie. Po skończeniu pracy przez kilka minut nie mogłem się zmusić, by wypuścić go z rąk. Chciałem go trzymać, utrwalić w pamięci to, czego udało mi się dokonać, albo pokazać go krytykom twierdzącym, że moim pracom brakuje głębi.

Zlecenie było jednak zleceniem, a Britlin Cavendish nie miał w zwyczaju oskubywać klientów. Powoli, nieśmiało wręczyłem jej kartę ze szkicownika. Nic nie powiedziała; przez długi czas w ciszy patrzyła na rysunek.

Od tamtej pory unikaliśmy nawzajem swojego towarzystwa ‒ zrobiło się między nami niezręcznie. Poprosiłem Ezechiasza, żeby to on pełnił kolejną wartę z Yasmin. Jego pierwszackie pytania z pewnością ją irytowały, ale pewnie i tak czuła się swobodniej, niż gdyby musiała się zmierzyć z emocjami z poprzedniego wieczora.

Podczas gdy czwórka naszych towarzyszy obserwowała okolicę, Brat Kiripao i ja umieraliśmy z nudów. Po dwóch dniach spędzonych w drewnianej ruderze miałem serdecznie dość jej skrzypiących schodów i zapachu stęchlizny; zszedłem więc na parter i wyglądałem na ulicę, zastanawiając się, jak ryzykowne byłoby wymknięcie się na krótki spacer na „świeżym” powietrzu. Brata Kiripao dręczyły najwyraźniej podobne zachcianki, bowiem podszedł do mnie i również wpatrzył się w krajobraz za pustą framugą okna.

O ostatniej podróży olbrzyma dowiedzieliśmy się na kilka minut przed tym, jak jego wielkie zwłoki wyjrzały zza rogu ulicy. Obwieścił nam ją terkot przeciążonych taczek sunących po bruku, przemieszany ze stękaniem pchających je Zbieraczy. Najpierw naszym oczom ukazał się wóz, na którym spoczywały ramiona i głowa giganta. Jego włosy były zielone, a skóra żółta jak siarka ‒ o ile dobrze kojarzyłem ryciny z Przewodnika po Wieloświecie autorstwa Kreepatcha, był to olbrzym dżunglowy. Populacja olbrzymów w Sigil nie była zbyt duża, ale stali bywalcy naturalnie rzucali się w oczy. Dżunglowi giganci należeli do najbardziej cywilizowanych przedstawicieli swego gatunku i zwykle mieli dość rozumu i samodyscypliny, by trzymać się z dala od kłopotów.

Truposz, który zmierzał właśnie w kierunku Kostnicy, najwyraźniej jednak nie był za życia zbyt bystry. Jego gardło zdobiła długa czerwona szrama, z której nadal sączyła się krew… Za krwią zaś ciągnęło ulicą stado głodnych psów, z upodobaniem wylizując poczerwieniały bruk. Przez moment byłem przekonany, że olbrzym musiał paść ofiarą któregoś ze swych pobratymców ‒ któż inny dosięgnąłby jego gardła? Potem jednak przez okno do pokoju wdarł się powiew wiatru i w nozdrza uderzył mnie obezwładniający smród taniej whisky.

Włosy i broda giganta, a nawet jego nędzne odzienie ‒ wszystko przesiąknięte było alkoholem. Co więcej, bełt wżarł się w jego odkrytą skórę, pozostawiając na niej kleisty film. Olbrzym musiał się w nim chyba wykąpać albo wylał sobie na łeb tuzin butelek. Pomyślałem, że pewnie świętował jakieś ważne wydarzenie ‒ wesele albo obrzędy religijne. Wyobraziłem sobie, jak dosłownie i w przenośni zalewa się whisky, chwiejnym krokiem rusza w miasto i pada w jakiejś zakazanej uliczce. Nawet najbardziej tępy zbir wiedziałby, że pijanego giganta lepiej zabić, zanim zacznie się grzebać przy jego sakiewce.

Wietrzyk znowu powiał w naszą stronę. Zwietrzały, wczorajszy zajzajer rozpoznałbym wszędzie, podobnie jak bukiety najwykwintniejszych win. Ale w powietrzu unosiło się coś jeszcze...

‒ Powiedz pozostałym, że chyba coś się kroi ‒ poleciłem Bratu Kiripao. ‒ Muszę coś sprawdzić.

Zdjąłem kaftan, zmierzwiłem włosy i wyciągnąłem na wierzch brzegi koszuli w nadziei na to, że uda mi się wiarygodnie wtopić w tłum obdartusów z Ula. W drzwiach zatoczyłem się, jak na rasowego pijusa przystało, i ruszyłem w stronę orszaku truposza.

‒ Kaawał trepca! ‒ zakrzyknąłem do najbliższej pchającej wóz Zbieraczki.

‒ Ciężki jak sto diabłów ‒ odrzekła kobieta. Twarz miała zlaną potem, ale wydawała się zadowolona. ‒ Im cięższy, tym lepiej. Graby płacą od kilograma.

‒ No, krewniaczko ‒ zarechotałem ‒ to trafiłaś na prawdziwą górę złota!

Zbieraczka też się zaśmiała, ja tymczasem upozorowałem atak kaszlu i oparłem się o trupa, by złapać oddech. Mimochodem zbliżyłem nos do jego skóry, wziąłem głęboki wdech i zatoczyłem się z powrotem w tłum.

‒ Skąd wytrzasnęliście takiego kabana? ‒ zagadałem ponownie.

‒ Leżał na ulicy ‒ odrzekła. ‒ Urżnął się, to i jego urżnęli.

Pomyślałem sobie, że ktoś bardzo chce, byśmy doszli do takich właśnie wniosków. Ktoś, kto nie docenił wrażliwego nosa Czuciowca. Po skórze olbrzyma, pod warstwą smrodu taniej whisky, pełzał zgoła subtelniejszy zapach ‒ flogistol, niezwykle łatwopalny olej wytwarzany ponoć przez szare krasnoludy w jaskiniach Tartaru. Możni z Dzielnicy Pani zwykli palić go pod misami z wodą na kąpiel ‒ twierdzili, że wydzielał mniej dymu niż węgiel i osiągał naprawdę wielkie temperatury.

‒ Góra złota! ‒ zakrzyknąłem jeszcze raz i serdecznie klepnąłem trupa w bok. Płyn w jego trzewiach zachlupotał głośno, a ja wyzbyłem się resztek wątpliwości. Naszym ogniolubnym wrogom udało się pozbawić biedaka życia, a poderżnięte gardło posłużyło im zapewne do tego, by szybko napełnić go olejem. Potem wystarczyło obficie skropić go bełtem, by zatuszować zapach flogistolu, i gotowe ‒ mieliśmy przed sobą ponad pięciometrową bombę, którą nieświadomi niczego Zbieracze zamierzali zawlec wprost do Kostnicy.

Zastanawiałem się, jak podpalacze chcieli zdetonować swój ładunek. W zasadzie wystarczyłaby jedna płonąca strzała. Strzelec musiałby się zaczaić w bezpiecznej odległości, ale przy tak okazałym celu dystans nie miał większego znaczenia. W dodatku nie trzeba było celować w żaden konkretny punkt ‒ łatwopalna whisky i tak doprowadziłaby ogień do wybuchowego flogistolu. Jeśli wrogowi zależało na jak największych zniszczeniach, pewnie zaczekałby, aż prawie całe ciało znajdzie się we wnętrzu Kostnicy, a potem…

Najszybciej, jak tylko pozwalały mi na to pozory pijaństwa, pożegnałem się ze Zbieraczami i zatoczyłem z powrotem w stronę naszej kryjówki. Brat Kiripao czekał na mnie w drzwiach.

‒ Ten trup to bomba ‒ powiedziałem cicho i z powrotem narzuciłem na siebie kaftan.

‒ Jak duża? ‒ zapytał mnich.

‒ Obstawiałbym co najmniej tonę flogistolu.

Kiripao przeniósł wzrok na olbrzyma, którego Zbieracze ściągali właśnie z taczek i wnosili powoli na schody prowadzące do Kostnicy.

‒ Musimy się stąd wynosić ‒ rzucił. ‒ Ten budynek nie wytrzyma eksplozji.

‒ Biegnij pod tylne wyjście i patrz, czy ktoś będzie tamtędy uciekał. Ja zbiorę pozostałych.

Pokiwał głową i wyszedł na ulicę. Kilka sekund później dotarło do mnie, że przecież nie wiedział, kogo ma wypatrywać ‒ tylko część z nas była świadoma, jak wyglądali złodzieje. To ja powinienem obserwować tylną bramę, a Kiripao ‒ biegać po piętrach. Coś jednak podpowiadało mi, że lepiej będzie, jeśli osobiście uratuję Yasmin z tarapatów.

Dopiąłem kaftan i puściłem się pędem po schodach. Jęczały boleśnie i uginały się pod ciężarem moich kroków, ale udało mi się nie potknąć. Na czwartym piętrze zastałem Oonę.

‒ Co się dzieje? ‒ zapytała, wychylając się przez poręcz.

‒ Trup olbrzyma jest wypełniony flogistolem ‒ wydyszałem. ‒ Jeśli wybuchnie, po tym budynku nie zostanie nawet ślad.

‒ To fakt ‒ przyznała. ‒ Widywałam już eksplodujący flogistol. Szare krasnoludy lubią go wlewać do butelek, zatykać je lontami, podpalać i rzucać we wrogów. Palą w ten sposób całe wioski.

‒ Proszę wziąć Wheezle’a i uciekać. Ja ostrzegę pozostałych.

‒ Krzyknij do nich ‒ powiedziała. ‒ Usłyszą.

‒ Nie tylko oni, wróg też ‒ odrzekłem. ‒ Postarajmy się pozostać niezauważeni. ‒ Zanim zdążyła odpowiedzieć, byłem już w połowie drogi na górę. Gdy dotarłem na poddasze, krew głośno pulsowała mi w skroniach. Ezechiasz, wyraźnie zaciekawiony, czekał na mnie na korytarzu.

‒ Musimy… ‒ starałem się złapać oddech. ‒ Musimy… uciekać. Bomba.

‒ Co to jest bomba? ‒ zapytał beztrosko.

Szpicowane Pierwszaki! Rozwój ich sztuki militarnej zatrzymał się pewnie na odkryciu, że miecz można naostrzyć z obu stron.

‒ O co chodzi z bombą? ‒ dołączyła się Yasmin, wychodząc z pokoju.

‒ Ten olbrzym… jest pełen flogistolu. Musimy…

‒ Dajcie mi chwilę. ‒ Pobiegła z powrotem do pokoju, a ja oparłem się o poręcz. Ezechiasz poklepał mnie dobrotliwie po ramieniu.

‒ Pozbieram nasze rzeczy ‒ powiedział i też czmychnął do pomieszczenia, a jego kroki wprawiły całą podłogę w drżenie. Przysiadłem na chwilę na schodach, czując, że serce zaraz wyrwie mi się z piersi. Pewnie powinienem pierwszy zacząć schodzić, jako że byłem najbardziej zmęczony, ale duma nie pozwalała mi się ruszyć z miejsca. Musiałem zaczekać na Yasmin. I, rzecz jasna, Ezechiasza...

Yasmin ukazała się w przejściu ze swym małym plecakiem. W ręku trzymała zwinięty w rulonik portret.

‒ Szkice węglem trzeba zwijać bardzo ostrożnie ‒ pouczyłem ją. ‒ Łatwo się rozcierają.

‒ Szpicuj się ‒ syknęła, ale przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. ‒ Trup już do połowy wjechał do budynku. Jeśli ktoś ma zamiar go podpalić, powinien to...

Przez okno dotarł do nas rozbłysk oślepiającego światła, a ułamek sekundy później rozległ się potworny huk. Rudera zatrzęsła się w posadach, fragmenty dachu odleciały niczym kartki papieru, ale prawdziwą siłę wybuchu poczuliśmy dopiero po chwili. We frontową ścianę budynku uderzyła fala ognia. Podmuch gorącego powietrza wyrzucił Yasmin na schody, prosto na mnie. Usłyszałem jeszcze tylko żałosne, przeciągłe skrzypnięcie drewna odrywającego się od zardzewiałych gwoździ… Potem runęliśmy w dół.

ŹródłaEdytuj

Więcej w Fandom

Losowa wiki